Życie w cieniu tyrana – Opowieść jednej synowej z Polski

– Znowu nie posoliłaś ziemniaków, Aniu? – głos teścia przeszył ciszę kuchni jak nóż. Stałam przy zlewie, ścierając łzy, które już dawno przestały być gorące. Były zimne, jak ta kuchnia, w której od dwóch lat czułam się jak intruz.

– Przepraszam, tato, poprawię – odpowiedziałam cicho, choć w środku gotowała się we mnie złość. Ale nie mogłam jej okazać. Nie tutaj, nie w tym domu.

Mój mąż, Tomek, siedział przy stole ze spuszczoną głową. Wiedziałam, że słyszy każde słowo, ale nigdy nie stanął po mojej stronie. Może bał się ojca? A może po prostu nie chciał konfliktów? Czasem miałam wrażenie, że jestem tu sama.

Wszystko zaczęło się dwa lata temu, gdy straciliśmy mieszkanie. Kredyt nas przerósł, a ja wtedy byłam już w ciąży z naszym synkiem, Jasiem. Nie było wyjścia – musieliśmy zamieszkać u teścia w małej miejscowości pod Radomiem. „To tylko na chwilę” – powtarzał Tomek. Ale chwilę zamieniły się w miesiące, a miesiące w lata.

Teść, pan Stanisław, był człowiekiem twardym i oschłym. Po śmierci żony całe życie podporządkował sobie i swojemu porządkowi. Każdy dzień miał swój rytm: pobudka o szóstej, śniadanie o siódmej, obiad punkt dwunasta. I wszystko musiało być tak, jak on chciał.

– Aniu, ile razy mam powtarzać? W tym domu nie używa się margaryny! – krzyczał pewnego ranka, gdy próbowałam zrobić kanapki dla Jasia.

– Przepraszam, nie wiedziałam… – zaczęłam tłumaczyć.

– Nie wiedziałaś? A może po prostu ci nie zależy? – rzucił z pogardą.

Tomek milczał. Zawsze milczał.

Najgorsze były wieczory. Kiedy Jaś zasypiał, a ja zostawałam sama ze swoimi myślami. Czułam się jak cień we własnym życiu. Każdego dnia traciłam cząstkę siebie. Przestałam malować się do pracy, przestałam spotykać się z koleżankami. Nawet rozmowy telefoniczne prowadziłam szeptem, żeby nie przeszkadzać teściowi.

Pewnego dnia wróciłam z pracy później niż zwykle. W drzwiach czekał na mnie pan Stanisław.

– Gdzie byłaś? – zapytał lodowatym tonem.

– Miałam zebranie w szkole… – odpowiedziałam niepewnie.

– Dziecko głodne, obiad zimny! Ty chyba nie rozumiesz, co to znaczy być matką i żoną!

Zacisnęłam pięści. Chciałam krzyczeć, wybuchnąć płaczem, uciec. Ale tylko skinęłam głową i poszłam do kuchni podgrzać zupę.

Tej nocy długo nie mogłam zasnąć. Słyszałam ciche chrapanie Tomka i oddech Jasia przez ścianę. Myślałam o tym, jak bardzo się zmieniłam. Gdzie podziała się ta radosna dziewczyna z liceum? Ta Ania, która marzyła o własnym domu i ogrodzie pełnym róż?

Rano obudził mnie płacz Jasia. Pobiegłam do jego pokoju i zobaczyłam teścia stojącego nad łóżeczkiem.

– On musi mieć dyscyplinę! – powiedział ostro. – Za moich czasów dzieci nie płakały bez powodu!

Wtedy coś we mnie pękło.

– Proszę zostawić mojego syna! – krzyknęłam pierwszy raz od dwóch lat.

Teść spojrzał na mnie z niedowierzaniem.

– Co ty sobie wyobrażasz? W moim domu będziesz mi rozkazywać?

– To też jest mój dom! – odpowiedziałam drżącym głosem.

Tomek wbiegł do pokoju i spojrzał na nas przerażony.

– Co tu się dzieje?

– Twój ojciec uważa, że może wychowywać naszego syna po swojemu! – wykrzyczałam przez łzy.

Tomek spojrzał na mnie bezradnie.

– Aniu… proszę cię… nie róbmy scen…

– Sceny? To jest moje życie! – odpowiedziałam i wybiegłam z pokoju.

Przez cały dzień unikałam wszystkich. Wyszłam na długi spacer z Jasiem po polnych drogach za domem. Słońce świeciło jasno, a ja czułam się wolna pierwszy raz od dawna. Wtedy podjęłam decyzję: muszę coś zmienić.

Wieczorem usiadłam z Tomkiem przy stole.

– Tomek… ja tak dłużej nie mogę. Albo znajdziemy coś swojego, albo… odejdę – powiedziałam stanowczo.

Spojrzał na mnie zaskoczony i przestraszony jednocześnie.

– Ale gdzie pójdziemy? Nie mamy pieniędzy…

– Znajdę drugą pracę. Może wynajmiemy coś małego… Bylebyśmy byli sami.

Przez chwilę milczał.

– Dobrze… spróbujmy – powiedział cicho.

Od tego dnia zaczęliśmy szukać mieszkania do wynajęcia. Nie było łatwo – ceny były wysokie, a nasze zarobki skromne. Ale po kilku tygodniach znaleźliśmy kawalerkę na obrzeżach miasta. Małą, ciasną, ale NASZĄ.

Kiedy pakowałam rzeczy do kartonów, teść patrzył na mnie z pogardą.

– Myślisz, że dasz sobie radę bez mojej pomocy?

Spojrzałam mu prosto w oczy.

– Dam radę. Bo muszę.

Wyprowadzka była trudna. Tomek miał łzy w oczach, Jaś płakał za dziadkiem. Ale ja czułam ulgę i dumę.

Pierwsze tygodnie były ciężkie – brakowało pieniędzy, ciągle się kłóciliśmy o drobiazgi. Ale nikt już mnie nie poniżał za to, że ziemniaki są niedosolone albo że używam margaryny zamiast masła.

Z czasem zaczęliśmy budować nasze życie od nowa. Ja znalazłam dodatkową pracę jako korepetytorka angielskiego. Tomek zaczął dorabiać po godzinach jako kierowca. Jaś chodził do przedszkola i coraz rzadziej pytał o dziadka.

Czasem wieczorami siadałam przy oknie i patrzyłam na światła miasta. Myślałam o tych wszystkich kobietach, które żyją w cudzym cieniu – boją się odezwać, boją się zawalczyć o siebie. Ile z nas jeszcze pozwala innym decydować o naszym szczęściu?

Dziś wiem jedno: warto walczyć o siebie. Nawet jeśli to boli. Nawet jeśli trzeba zostawić wszystko za sobą i zacząć od nowa.

Czy Wy też kiedyś musieliście wybrać między spokojem a wolnością? Ile jeszcze kobiet będzie bało się powiedzieć 'dość’?