Zostań, jeśli potrafisz – opowieść o tym, jak pustka zamienia się w dom

– Nie wracaj tu więcej, rozumiesz? – głos mojego brata odbijał się echem po podwórku, a ja stałem z zaciśniętymi pięściami, czując jak krew pulsuje mi w skroniach. – To już nie jest twój dom.

Nie odpowiedziałem. Wpatrywałem się w stare drzwi stodoły, za którymi jeszcze niedawno śmiała się moja żona, a dzieci biegały po podwórzu. Teraz wszystko było inne. Od śmierci Marysi minęły trzy lata, a ja wciąż nie potrafiłem znaleźć sobie miejsca. Brat przejął gospodarstwo, bo „tak trzeba”, bo „sam nie dasz rady”, bo „facet bez kobiety to jak pole bez pługa”.

Ale przecież próbowałem. Każdego dnia wstawałem przed świtem, poiłem krowy, naprawiałem płot, siał zboże. Tylko że nikt tego nie widział. Nikt nie chciał widzieć. Wszyscy patrzyli na mnie jak na przegranego. Nawet własna matka mówiła: – Może czas wyjechać do miasta, Staszek? Tu już nic na ciebie nie czeka.

Ale ja nie chciałem wyjeżdżać. Nie umiałem. Ta ziemia była wszystkim, co miałem.

Pewnego wieczoru, gdy wracałem z pola, zobaczyłem ją pierwszy raz. Stała przy rowie, cała przemoczona, z rozdartą kurtką i błotem na twarzy. Miała może dwadzieścia parę lat, ciemne włosy przyklejone do policzków i oczy tak czarne, że aż niepokojące.

– Pomóc pani? – zapytałem niepewnie.

Spojrzała na mnie z lękiem. – Ukradli mi torbę… Nie mam gdzie iść…

Zawahałem się. W naszej wsi obcych się nie wpuszczało. Ale coś w jej głosie sprawiło, że nie potrafiłem odejść.

– Chodźmy do domu – powiedziałem cicho.

W drodze milczeliśmy. Czułem jej drżenie obok siebie, słyszałem szloch tłumiony w rękaw. W kuchni podałem jej herbatę i stary sweter Marysi. Usiadła przy stole skulona, jakby bała się, że zaraz każę jej wyjść.

– Jak masz na imię? – spytałem.

– Zosia…

Nie pytałem więcej. Widziałem siniaki na jej rękach i rozciętą wargę. Wiedziałem, co to znaczy.

Została na noc. Rano chciała odejść, ale padał deszcz i nie miałem serca jej wygonić. Z dnia na dzień zaczęła pomagać w gospodarstwie – karmiła kury, nosiła wodę ze studni, sprzątała oborę. Była cicha, prawie niewidzialna, ale jej obecność zmieniała wszystko.

Wieś szybko zaczęła gadać. Najpierw szeptali za płotem: „Staszek przygarnął jakąś dziewczynę”, potem już głośniej: „Wstyd! Po żonie jeszcze żałoby nie skończył!”

Brat przyszedł któregoś dnia z pretensją:

– Co ty wyprawiasz? Ludzie gadają! To nie jest dom dla obcych!

– A dla kogo jest? – odpowiedziałem spokojnie. – Dla tych, co tylko patrzą jak zabrać?

Matka płakała po kątach: – Zrobisz sobie tylko więcej kłopotów…

Ale Zosia zostawała. Każdego dnia coraz pewniej stąpała po podwórzu. Czasem łapałem się na tym, że czekam aż wróci z pola, że słucham jej śmiechu pod oknem.

Pewnej nocy obudził mnie hałas za stodołą. Wyszedłem z siekierą w ręku i zobaczyłem dwóch chłopaków z sąsiedztwa szarpiących Zosię za rękę.

– Zostawcie ją! – krzyknąłem.

Odwrócili się powoli. Jeden z nich splunął pod nogi:

– Co ci do tego? To tylko przybłęda!

Podszedłem bliżej, serce waliło mi jak młotem.

– Jeszcze raz ją tkniecie, to wasze matki będą was szukać po rowach!

Odeszli przeklinając pod nosem. Zosia stała nieruchomo, łzy spływały jej po policzkach.

– Przepraszam… – wyszeptała.

Przytuliłem ją niezgrabnie. – To nie twoja wina.

Od tamtej pory spała już w domu, a ja każdej nocy czuwałem przy drzwiach z siekierą pod ręką.

Z czasem zaczęliśmy rozmawiać więcej. Opowiadała o swoim dzieciństwie w domu dziecka, o ucieczkach od rodzin zastępczych, o tym jak szukała miejsca dla siebie i zawsze kończyło się to źle.

– Myślisz czasem o tym, żeby zostać? – zapytałem pewnego ranka.

Spojrzała na mnie z niedowierzaniem.

– Nikt nigdy mnie nie chciał…

– Ja chcę – powiedziałem cicho.

Przez chwilę milczała. Potem uśmiechnęła się przez łzy.

Wiosną brat przyszedł znowu:

– Ludzie gadają coraz gorzej! Matka choruje przez twoje wybryki! Oddaj gospodarstwo i jedź do miasta!

Tym razem nie ustąpiłem.

– Nie oddam niczego! To mój dom!

Wykrzyczał coś jeszcze i odszedł trzaskając furtką.

Zosia była przy mnie przez cały ten czas. Razem sadziliśmy ziemniaki, razem naprawialiśmy dach po burzy. Wieczorami siadała przy oknie i śpiewała cicho stare piosenki ludowe. Czułem wtedy spokój, jakiego nie znałem od lat.

Latem matka zachorowała poważnie. Brat przyszedł błagać o pomoc:

– Staszek… ona chce cię zobaczyć…

Poszedłem do niej wieczorem. Leżała blada na łóżku.

– Synku… wybacz mi… źle cię oceniłam…

Pocałowałem ją w rękę.

– Już dobrze mamo…

Po pogrzebie brat przestał się odzywać na dobre. Zostałem sam z Zosią i pustym domem pełnym wspomnień.

Pewnego dnia usiadła naprzeciwko mnie przy stole i powiedziała:

– Chciałabym tu zostać… jeśli pozwolisz…

Nie odpowiedziałem od razu. Patrzyłem na jej dłonie spracowane od pracy w polu i nagle poczułem wdzięczność za wszystko co przeszliśmy razem.

– Zostań – powiedziałem tylko.

Od tamtej pory już nie byłem sam. Wieś powoli przestała gadać – a może po prostu przestaliśmy słuchać? Gospodarstwo zaczęło znów tętnić życiem: kury gdakały pod oknem, koty spały na progu, a my razem sialiśmy nowe życie w ziemi i w sobie nawzajem.

Czasami wieczorami siadam na progu domu i patrzę jak Zosia podlewa kwiaty pod oknem Marysi. Myślę wtedy o tym wszystkim co straciłem i o tym co dostałem w zamian.

Czy można naprawdę zacząć od nowa tam, gdzie wszystko wydawało się już skończone? Czy dom to miejsce czy ludzie? A może wystarczy tylko zostać wystarczająco długo, by pustka zamieniła się w dom?