Zacznijmy od nowa!

– Mamo, zupełnie cię pogięło? – głos Julki odbił się echem od ścian naszej małej kuchni na warszawskim Ursynowie. Stałam przy zlewie, obierając ziemniaki na obiad, a jej słowa uderzyły mnie mocniej niż cokolwiek, co usłyszałam od lat. Przez chwilę miałam ochotę rzucić nożem, wybiec z mieszkania i nigdy nie wrócić. Ale zostałam. Zawsze zostawałam.

– Julka, proszę cię, nie zaczynaj znowu… – wyszeptałam, czując, jak łza spływa mi po policzku. Nie chciałam, żeby widziała, jak bardzo mnie to boli. Ale ona już była wściekła, zaciśnięte pięści, roztrzęsione usta.

– Wszyscy już na nas palcami wytykają, matka się zabawiła, no dobrze, gdyby ojciec, on jest mężczyzną, ale ty? Kobieta! Strażniczka domowego ogniska. Nie wstyd ci?

Zamarłam. Słowa córki były jak sól na świeżą ranę. Przez tyle lat byłam dla nich wszystkim – gotowałam, prałam, pracowałam na dwa etaty, żeby mieli lepsze życie. A teraz, kiedy po pięćdziesiątce odważyłam się pomyśleć o sobie, stałam się wrogiem numer jeden.

Mąż, Andrzej, od miesięcy spał na kanapie. Odkąd powiedziałam mu, że chcę iść na kurs florystyki, że może spróbuję pracy w kwiaciarni, patrzył na mnie jak na wariatkę. – Lidka, po co ci to? Przecież masz wszystko. Dom, rodzinę, stabilizację. – powtarzał. Ale ja czułam, że nie mam już nic. Że jestem tylko cieniem siebie, kobietą, która zapomniała, jak się śmiać.

Julka trzasnęła drzwiami swojego pokoju. Zostałam sama z dźwiękiem telewizora z salonu, gdzie Andrzej oglądał wiadomości. Wzięłam głęboki oddech, próbując się nie rozpłakać. „Może rzeczywiście jestem egoistką?” – pomyślałam. Ale potem przypomniałam sobie, jak bardzo pragnęłam tej zmiany. Jak bardzo chciałam poczuć, że jeszcze coś mogę, że życie nie kończy się na czterdziestce.

Wieczorem, kiedy wszyscy już spali, usiadłam przy kuchennym stole z kubkiem herbaty. Przypomniałam sobie czasy, kiedy byłam młoda, kiedy z przyjaciółkami chodziłyśmy na koncerty do Stodoły, kiedy marzyłam o podróżach, o własnym biznesie. Wszystko to zniknęło, kiedy pojawiła się Julka, a potem Tomek. Macierzyństwo pochłonęło mnie bez reszty. Andrzej był wtedy inny – czuły, opiekuńczy. Ale z czasem wszystko się zmieniło. Zostaliśmy tylko współlokatorami, którzy mijają się w korytarzu.

Następnego dnia rano Tomek, mój syn, zszedł do kuchni. – Mamo, nie przejmuj się Julką. Ona zawsze przesadza. – powiedział, nalewając sobie mleka do płatków. – Ale… serio chcesz pracować w kwiaciarni? – spojrzał na mnie z niedowierzaniem.

– Tak, Tomek. Chcę spróbować. Chcę robić coś dla siebie. – odpowiedziałam, starając się, żeby głos mi nie zadrżał.

– No… jak chcesz. – wzruszył ramionami. – Ale wiesz, tata mówi, że to głupota. Że w tym wieku to już się nie zaczyna od nowa.

Zabolało. Ale wiedziałam, że nie mogę się poddać. Po południu poszłam na rozmowę do kwiaciarni na rogu. Pani Basia, właścicielka, była serdeczna, ale patrzyła na mnie z lekkim powątpiewaniem.

– Pani Lidio, nie będzie łatwo. To ciężka praca, dużo dźwigania, kwiaty trzeba znać, klienci bywają różni…

– Wiem, pani Basiu. Ale ja naprawdę chcę spróbować. – odpowiedziałam z determinacją, której sama się po sobie nie spodziewałam.

Dostałam szansę. Zaczęłam od sprzątania, układania bukietów, poznawania nazw kwiatów. Każdego dnia wracałam do domu zmęczona, ale szczęśliwa. Po raz pierwszy od lat czułam, że robię coś dla siebie.

Ale w domu było coraz gorzej. Andrzej przestał się do mnie odzywać. Julka ignorowała mnie, wychodziła z domu bez słowa. Nawet Tomek zaczął mnie unikać. Czułam się jak intruz we własnym domu.

Pewnego wieczoru, kiedy wróciłam późno z pracy, zastałam Andrzeja w kuchni. Siedział przy stole, z butelką wódki i pustym wzrokiem.

– Co ty sobie wyobrażasz, Lidka? – zapytał cicho, ale w jego głosie była złość. – Że co? Że teraz będziesz sobie żyła jak nastolatka? Że zostawisz rodzinę?

– Nie zostawiam was. Chcę tylko… chcę być szczęśliwa. Chcę, żebyście byli ze mnie dumni, a nie żebyście mnie nienawidzili za to, że próbuję coś zmienić.

– Myślisz, że ja nie chciałem nic zmienić? – Andrzej podniósł głos. – Ale nie mogłem! Bo ktoś musiał trzymać ten dom w ryzach, kiedy ty wymyślasz sobie bzdury!

– To nie są bzdury! – krzyknęłam, pierwszy raz od lat. – To moje życie! I mam prawo je przeżyć po swojemu!

Wybiegłam z kuchni, zamknęłam się w łazience i płakałam przez godzinę. Czułam się samotna jak nigdy wcześniej. Ale wiedziałam, że nie mogę się poddać.

Z czasem zaczęłam rozmawiać z innymi kobietami w pracy. Każda miała swoją historię – rozwody, zdrady, samotność. Poczułam, że nie jestem sama. Że nie tylko ja boję się zacząć od nowa.

Po kilku miesiącach Julka przyszła do mnie do kwiaciarni. Stała w drzwiach, niepewna, z oczami pełnymi łez.

– Mamo… przepraszam. – wyszeptała. – Bałam się, że cię stracę. Że już nie będziesz taka jak dawniej.

Przytuliłam ją mocno. – Kochanie, ja zawsze będę twoją mamą. Ale muszę być też sobą.

Andrzej nie pogodził się z moją decyzją. Nadal żyjemy obok siebie, ale już nie razem. Czasem myślę, że może powinnam była się poddać, zostać tą cichą, niewidzialną kobietą, jaką byłam przez tyle lat. Ale potem patrzę na siebie w lustrze i widzę kogoś, kto wreszcie odważył się żyć.

Czy naprawdę trzeba poświęcać siebie dla innych? Czy nie mamy prawa być szczęśliwi, nawet jeśli innym się to nie podoba? Może czasem warto zacząć od nowa, nawet jeśli wszyscy wokół mówią, że to szaleństwo…