Z pogardzanej kucharki stałam się ich matką – Historia Zofii Kwiatkowskiej
Ledwie wysiadłam z wozu, poczułam, jak serce wali mi w piersi. W powietrzu unosił się zapach wilgotnej ziemi i dymu z komina. Przed domem stała dziewczynka, może dziesięcioletnia, z jasnymi warkoczami i spojrzeniem, które przeszywało na wskroś. – Dzień dobry – powiedziałam niepewnie, a ona tylko skinęła głową i uciekła do środka. Wiedziałam, że nie będzie łatwo.
W domu panował półmrok. Na stole leżały niedojedzone kromki chleba, a w kącie płakała najmłodsza dziewczynka. Pan Michał, wdowiec, który mnie zatrudnił, wyglądał na zmęczonego życiem. – Pani Zofio, proszę się rozgościć. Kuchnia jest tam, dzieci… dzieci są różne – rzucił krótko i zniknął za drzwiami.
Pierwsze dni były jak walka z wiatrakami. Starsze dziewczynki, zwłaszcza Helena i Marta, patrzyły na mnie z pogardą. – Nie jesteś naszą matką – syknęła Helena, gdy próbowałam zapleść jej włosy. – I nigdy nie będziesz. – Wiem – odpowiedziałam cicho, choć w środku czułam ukłucie bólu. Każdego dnia gotowałam obiady, sprzątałam, łatałam dziurawe ubrania i próbowałam rozmawiać z dziewczynkami, ale one zamykały się w sobie.
Najtrudniej było z Elizą, tą, którą zobaczyłam pierwszą. Była cicha, zamknięta, często znikała na całe godziny. Pewnego wieczoru, gdy wszyscy już spali, usłyszałam cichy szloch na strychu. Weszłam po schodach i zobaczyłam ją skuloną przy oknie. – Elizo, co się stało? – spytałam delikatnie. – Mama zawsze tu siadała, kiedy była smutna – wyszeptała. Usiadłam obok niej, nie mówiąc nic. Po raz pierwszy poczułam, że jestem tu nie tylko po to, by gotować.
Z czasem zaczęłam dostrzegać drobne zmiany. Najmłodsza, Ania, przychodziła do mnie po bajki na dobranoc. Zosia, która wcześniej nie odzywała się wcale, zaczęła pomagać mi w kuchni. Ale Helena i Marta wciąż były nieprzystępne. Pewnego dnia, gdy wróciły ze szkoły, usłyszałam ich rozmowę. – Ojciec pewnie ją tu zostawi, jak wszystkie inne – mówiła Marta. – Po co się starać? – Może nie jest taka jak tamte – odpowiedziała Helena, ale w jej głosie słychać było zwątpienie.
W domu nie brakowało konfliktów. Michał był surowy, zamknięty w sobie, rzadko rozmawiał z dziećmi. Często słyszałam, jak w nocy płacze w swoim pokoju. Pewnego wieczoru, gdy dzieci już spały, usiadł naprzeciwko mnie w kuchni. – Pani Zofio, nie wiem, czy to wszystko ma sens. One mnie nie słuchają, ja nie umiem być dla nich matką i ojcem jednocześnie. – Może nie trzeba być matką, żeby być blisko – odpowiedziałam. – Czasem wystarczy po prostu być.
Zbliżały się święta. Postanowiłam zrobić coś wyjątkowego – upiekłam pierniki, udekorowałam dom, zaprosiłam sąsiadów. Dziewczynki pomagały mi w kuchni, śmiały się, kłóciły o lukier. Po raz pierwszy zobaczyłam w ich oczach radość. Nawet Helena, choć nie przyznała się do tego, uśmiechnęła się, gdy wręczyłam jej własnoręcznie uszytą lalkę.
Ale szczęście nie trwało długo. Pewnej nocy Marta zniknęła. Szukaliśmy jej całą wieś, w deszczu i błocie. Znalazłam ją na skraju lasu, zziębniętą i zapłakaną. – Chciałam uciec, bo myślałam, że jak zniknę, to nikt nie zauważy – szlochała. Przytuliłam ją mocno. – Jesteś ważna, Marto. Dla mnie, dla ojca, dla sióstr. – Ale ty nie jesteś naszą mamą! – krzyknęła. – Nie jestem. Ale mogę być kimś, kto cię kocha – odpowiedziałam.
Od tego dnia coś się zmieniło. Dziewczynki zaczęły mnie akceptować, choć nie mówiły tego wprost. Michał coraz częściej prosił mnie o radę, wspólnie podejmowaliśmy decyzje dotyczące domu. Z czasem ludzie we wsi przestali patrzeć na mnie jak na obcą. – Pani Zofio, dzieci przy pani odżyły – mówiła sąsiadka, pani Jadwiga. – Może czas pomyśleć o czymś więcej niż tylko o pracy?
Nie było łatwo. Każdego dnia walczyłam z własnymi lękami, z poczuciem, że nie zasługuję na miłość tych dzieci. Czasem w nocy płakałam, bo tęskniłam za własnym domem, za matką, która zmarła, gdy byłam jeszcze dzieckiem. Ale rano wstawałam, gotowałam śniadanie i patrzyłam, jak dziewczynki powoli otwierają się na świat.
Pewnego dnia Michał poprosił mnie na rozmowę. – Zofio, wiem, że nie jesteś tu po to, by zastąpić im matkę. Ale bez ciebie ten dom by się rozpadł. Nie wiem, jak ci dziękować. – Nie trzeba dziękować – odpowiedziałam. – Wystarczy, że będziemy razem.
Minęły lata. Dziewczynki dorastały, wyjeżdżały do szkół, wracały na wakacje. Każda z nich miała swoje problemy, swoje marzenia. Byłam przy nich, gdy płakały po pierwszych zawodach miłosnych, gdy zdawały matury, gdy wracały do domu z dziećmi na rękach. Michał odszedł cicho, pewnej zimowej nocy. Zostałam sama w dużym domu, ale nigdy nie czułam się samotna. Dziewczynki, już dorosłe kobiety, wracały do mnie, przywoziły wnuki, dziękowały za wszystko, co dla nich zrobiłam.
Czasem siadam przy oknie, patrzę na ogród i zastanawiam się, jak potoczyłoby się moje życie, gdybym wtedy nie wysiadła z wozu. Czy można stać się matką, nie rodząc dzieci? Czy miłość naprawdę potrafi uleczyć nawet najgłębsze rany? Może to nie ja uratowałam te dziewczynki, tylko one uratowały mnie…