Teściowa przed moimi drzwiami: Czy mam prawo do własnego spokoju?

— Znowu ona — pomyślałam, słysząc dźwięk dzwonka. Serce mi przyspieszyło, dłonie zaczęły się pocić. Przez chwilę miałam ochotę udawać, że mnie nie ma. Ale wiedziałam, że to niemożliwe. W końcu to moja teściowa, Zofia. Kobieta, która potrafi wejść do mieszkania nawet przez zamknięte drzwi.

— Aniu, otwórz! Wiem, że jesteś w domu! — jej głos rozbrzmiał na klatce schodowej z taką pewnością siebie, jakby była właścicielką całego bloku.

Otworzyłam drzwi. Stała tam, z siatką pełną słoików i reklamówką z Biedronki. Uśmiechnęła się szeroko, ale w jej oczach widziałam cień niezadowolenia.

— No, w końcu! Już myślałam, że coś się stało — weszła do środka bez zaproszenia. — Gdzie Michał? — zapytała od razu, rozglądając się po mieszkaniu.

— W pracy — odpowiedziałam krótko. — Przecież mówiłam ci wczoraj przez telefon.

— Ach, no tak… Ale wiesz, ja tylko na chwilkę. Przyniosłam wam trochę ogórków i kompotu. I zobaczyć, czy wszystko w porządku. Bo ostatnio Michał taki jakiś zmęczony… — spojrzała na mnie znacząco.

Zacisnęłam zęby. Wiedziałam, co to znaczy. „Coś robisz nie tak” — to zawsze kryło się za jej troską.

— Dziękuję za przetwory — powiedziałam chłodno. — Ale naprawdę nie musisz się tak martwić. Wszystko jest dobrze.

Usiadła na kanapie i zaczęła rozpakowywać siatki. Słoiki ustawiła na stole z takim rozmachem, jakby urządzała wystawę.

— Wiesz, Aniu… Ja rozumiem, że jesteś zmęczona po pracy i z dzieckiem… Ale może powinnaś częściej gotować Michałowi coś konkretnego? On zawsze lubił schabowe — rzuciła niby od niechcenia.

Poczułam, jak narasta we mnie złość. Przez lata starałam się być idealną synową: uśmiechniętą, pomocną, wdzięczną za każdą radę. Ale odkąd urodził się Staś i wróciłam do pracy, coraz trudniej było mi znosić jej obecność.

— Zosiu, naprawdę doceniam twoją troskę, ale… — zaczęłam ostrożnie.

— Ale co? — przerwała mi natychmiast. — Ja tylko chcę dobrze! Ty nie rozumiesz, jak to jest martwić się o syna? Ja całe życie dla niego poświęciłam! A teraz nawet nie mogę przyjść zobaczyć wnuka bez umawiania się jak do lekarza!

Wzięłam głęboki oddech. Wiedziałam, że jeśli teraz nie postawię granic, nigdy tego nie zrobię.

— Zosiu… To jest nasz dom. Potrzebujemy trochę prywatności. Proszę cię, żebyś wcześniej dzwoniła zanim przyjdziesz. Czasem naprawdę chcemy pobyć sami.

Zamilkła na chwilę. Spojrzała na mnie z niedowierzaniem.

— Czyli przeszkadzam wam? — jej głos zadrżał.

— Nie o to chodzi… Po prostu… Chcemy mieć trochę spokoju. I swobody — powiedziałam cicho.

Wstała gwałtownie z kanapy.

— No pięknie! Tyle lat się starałam, a teraz jestem zbędna! — zaczęła zbierać swoje rzeczy z powrotem do siatki. — Michał by mi tego nie powiedział!

— Bo Michał nie chce cię zranić… Ale ja też mam prawo do swojego życia! — wyrwało mi się nagle.

Zofia spojrzała na mnie z wyrzutem i wyszła trzaskając drzwiami. Stałam przez chwilę w ciszy, czując ulgę i jednocześnie ogromne poczucie winy.

Wieczorem Michał wrócił do domu zmęczony po pracy. Siedziałam przy stole z kubkiem zimnej herbaty i patrzyłam w okno.

— Co się stało? — zapytał od razu widząc moją minę.

— Twoja mama była… Znowu przyszła bez zapowiedzi. Powiedziałam jej, żeby wcześniej dzwoniła.

Michał westchnął ciężko.

— I co? Obraziła się?

— Tak… Wyszła bardzo zdenerwowana.

Usiadł obok mnie i złapał mnie za rękę.

— Wiesz… Ona zawsze taka była. Ale może rzeczywiście trzeba jej postawić granice. Tylko… będzie ciężko. Ona nie umie inaczej.

Przez następne dni atmosfera wisiała w powietrzu jak burza przed deszczem. Zofia nie dzwoniła ani nie pisała. Czułam ulgę i jednocześnie tęsknotę za spokojem sprzed tej rozmowy.

W pracy też nie było łatwo. Szefowa coraz częściej rzucała mi dodatkowe zadania, a koleżanki szeptały za plecami o mojej „elastyczności” po urlopie macierzyńskim. Wracałam do domu wykończona psychicznie i fizycznie. Staś płakał przez ząbkowanie, Michał był coraz bardziej nieobecny myślami.

Pewnego wieczoru zadzwonił telefon. Zofia.

— Aniu… Możemy porozmawiać? — jej głos był cichy, jakby starszy niż zwykle.

Zgodziłam się spotkać następnego dnia w kawiarni na rogu ulicy. Przyszła ubrana elegancko, ale wyglądała na zmęczoną i przygaszoną.

— Przepraszam cię za tamto zachowanie… Nie chciałam ci sprawiać przykrości — zaczęła od razu.

Poczułam ulgę i wzruszenie jednocześnie.

— Ja też przepraszam… Po prostu czasem czuję się przytłoczona wszystkim: pracą, domem, dzieckiem… Chciałabym mieć trochę przestrzeni dla siebie i dla nas jako rodziny.

Zofia spojrzała na mnie uważnie.

— Wiesz… Ja też czuję się samotna odkąd mój mąż odszedł… Michał był zawsze moim oczkiem w głowie. Może za bardzo się wtrącam… Ale boję się zostać sama.

Milczałyśmy przez chwilę. Poczułam nagle współczucie dla tej kobiety, która całe życie poświęciła rodzinie i teraz nie umiała znaleźć dla siebie miejsca.

— Może spróbujemy ustalić jakieś zasady? Żebyśmy wszyscy czuli się dobrze? — zaproponowałam ostrożnie.

Zofia skinęła głową ze łzami w oczach.

Od tamtej pory nasze relacje powoli zaczęły się układać. Bywały trudne momenty: czasem Zofia zapominała zadzwonić przed wizytą albo komentowała moje metody wychowawcze. Ale nauczyłam się mówić o swoich potrzebach i słuchać jej lęków.

Czasem zastanawiam się: czy naprawdę mamy prawo do własnego spokoju w rodzinie? Czy można kochać i jednocześnie stawiać granice? A może to właśnie jest prawdziwa dojrzałość?