„Potrzebuję przerwy” – czyli jak zostałam sama z noworodkiem i własnym strachem

– Nie dam rady, Anka. Potrzebuję przerwy – powiedział Michał, patrząc gdzieś ponad moim ramieniem, jakby szukał ucieczki w pustce za moimi plecami. W pokoju pachniało mlekiem, potem i czymś nieuchwytnym, co zawsze pojawia się tam, gdzie płacze noworodek. Zosia właśnie zasnęła po godzinnej walce z kolką, a ja czułam się jak pusta skorupa.

– Przerwy? – powtórzyłam głucho, ściskając w dłoniach kubek zimnej już herbaty. – Michał, to nie jest praca na etat. Nie możesz po prostu wyjść na papierosa i wrócić za kwadrans.

Milczał. Widziałam, jak jego szczęka zaciska się w znajomy sposób. Ostatnio robił to coraz częściej. Odkąd wróciliśmy ze szpitala, wszystko było inne. Michał był inny. Ja byłam inna. Nasz świat rozpadł się na kawałki i żadne z nas nie wiedziało, jak je poskładać.

– Może pojedziesz do swoich rodziców na kilka dni? – rzucił nagle. – Odpoczniesz trochę, mama ci pomoże. Ja… ja muszę pomyśleć.

Zrobiło mi się zimno. Przez chwilę miałam wrażenie, że zaraz zemdleję. W mojej głowie kłębiły się myśli: „To ja mam wyjechać? Ja mam odpocząć? Przecież to on nie daje rady!”

Ale nie powiedziałam nic. Po prostu wstałam i poszłam do Zosi. Patrzyłam na jej drobne rączki, na drgające powieki. Była taka bezbronna. Tak bardzo potrzebowała mnie – nas obojga.

Następnego dnia spakowałam kilka rzeczy do torby. Michał pomógł mi z fotelikiem, ale nie patrzył mi w oczy. W samochodzie panowała cisza. Mama przywitała mnie ciepłym uściskiem, ale od razu wiedziała, że coś jest nie tak.

– Aniu, co się stało? – zapytała cicho, kiedy Zosia spała już w swoim łóżeczku.

– Michał… potrzebuje przerwy – odpowiedziałam, a łzy same popłynęły mi po policzkach.

Mama przytuliła mnie mocno. – Każdy czasem potrzebuje oddechu, ale to nie znaczy, że można zostawić drugą osobę samą z tym wszystkim.

Przez kolejne dni czułam się jak w zawieszeniu. Mama pomagała mi przy Zosi, ale nocami leżałam bezsennie i myślałam o tym, co poszło nie tak. Czy byłam zbyt wymagająca? Czy powinnam była lepiej przygotować Michała na to wszystko? Czy może to on po prostu nie dorósł do roli ojca?

Dzwonił rzadko. Rozmowy były krótkie i pełne napięcia.

– Jak Zosia? – pytał mechanicznie.
– Dobrze. Płacze mniej niż wcześniej.
– To dobrze.

I tyle. Żadnego „tęsknię”, żadnego „kocham was”.

Któregoś wieczoru usiadłam z tatą przy kuchennym stole. Tata zawsze był oszczędny w słowach, ale tego dnia spojrzał na mnie poważnie.

– Aniu, pamiętasz, jak miałem zawał? – zapytał nagle.
– Pamiętam.
– Mama była wtedy przy mnie cały czas. Ale ja też chciałem uciec. Bałem się odpowiedzialności za was wszystkich. To minęło dopiero wtedy, gdy przestałem udawać przed sobą, że jestem silniejszy niż naprawdę byłem.

Patrzyłam na niego długo. Może Michał też się bał? Może jego „przerwa” to nie była ucieczka ode mnie czy od Zosi, tylko od własnego strachu?

Po tygodniu wróciłam do mieszkania w Warszawie. Michał czekał na nas pod blokiem. Wyglądał na zmęczonego i starszego o kilka lat.

– Przepraszam – powiedział od razu. – Nie wiedziałem, co robić. Bałem się… wszystkiego.

Zosia zaczęła płakać i automatycznie podałam mu ją na ręce. Przez chwilę patrzył na nią niepewnie, ale potem przytulił ją do siebie i… coś pękło. W jego oczach pojawiły się łzy.

– Nie chcę cię już zostawiać samej – wyszeptał.

Nie odpowiedziałam od razu. Wciąż bolało mnie to wszystko: samotność w małżeństwie, rozczarowanie sobą i nim, strach przed przyszłością.

Wieczorem usiedliśmy razem na kanapie. Zosia spała obok nas w kołysce.

– Myślisz, że jeszcze potrafimy być rodziną? – zapytałam cicho.
Michał spojrzał na mnie ze smutkiem i nadzieją jednocześnie.
– Chcę spróbować. Ale musimy nauczyć się mówić o tym, co czujemy…

Od tamtej pory próbujemy każdego dnia na nowo budować coś z tych popękanych kawałków naszego życia. Są dni lepsze i gorsze. Są kłótnie o drobiazgi i chwile bliskości nad śpiącą Zosią.

Czasem myślę: czy naprawdę można być aż tak samotnym w małżeństwie? Czy da się odbudować zaufanie po takim rozczarowaniu? Może ktoś z was zna odpowiedź…