Po sześćdziesiątce przyzwyczaiłam się do samotności. Aż na przystanku autobusowym ktoś zapytał o Tokarczuk…

– Czy pani nadal lubi Tokarczuk? – usłyszałam nagle, stojąc na przystanku autobusowym przy ulicy Mickiewicza. Był szary, listopadowy poranek, a ja, jak co dzień, czekałam na autobus do biblioteki, gdzie od lat pracowałam na pół etatu. Z początku nie zareagowałam – nie miałam ochoty na rozmowy z obcymi. Ale głos był znajomy. Zbyt znajomy.

Odwróciłam się gwałtownie, gotowa odpowiedzieć coś kąśliwego. I wtedy zobaczyłam Piotra. Tego Piotra. Mężczyznę, który trzydzieści lat temu złamał mi serce, zostawiając mnie dla mojej najlepszej przyjaciółki. Przez chwilę miałam wrażenie, że czas się zatrzymał. Wciąż miał te same ciepłe oczy, choć teraz otaczały je głębokie zmarszczki. Stał przede mną z niepewnym uśmiechem, trzymając w ręku książkę – „Prawiek i inne czasy”.

– Piotr? – wyszeptałam, czując jak serce wali mi w piersi.

– Cześć, Aniu. – Jego głos był cichy, jakby bał się mnie spłoszyć.

Nie wiedziałam, co powiedzieć. Przez głowę przelatywały mi obrazy: nasz ślub w małym kościele pod Warszawą, narodziny naszej córki Marty, a potem ta noc, kiedy wrócił późno i powiedział mi prawdę. O niej. O tym, że odchodzi.

– Co tu robisz? – zapytałam w końcu chłodno.

– Odwiedzam mamę. Mieszka teraz sama na Słowackiego. Widziałem cię kilka razy na przystanku… Ale nie miałem odwagi podejść.

Zacisnęłam dłonie na pasku torebki. Przez lata powtarzałam sobie, że po sześćdziesiątce samotność to mój los. Córka wyjechała do Londynu, wnuki widuję raz na rok przez Skype’a. Przyjaciółki? Jedna zmarła na raka, druga wyprowadziła się do syna pod Poznań. Zostały mi książki Tokarczuk i herbata z malinami.

– Nie sądziłam, że jeszcze kiedyś cię zobaczę – powiedziałam szorstko.

Piotr spuścił wzrok.

– Wiem, że nie mam prawa cię zaczepiać… Ale kiedy zobaczyłem tę książkę w twojej ręce… Pomyślałem…

– Że co? Że po trzydziestu latach pogadamy o literaturze? – przerwałam mu z goryczą.

Przez chwilę milczeliśmy. Autobus nadjechał, ale żadne z nas nie ruszyło się z miejsca.

– Aniu… Przepraszam – wyszeptał nagle Piotr. – Wiem, że to nic nie zmieni. Ale chciałem ci to powiedzieć.

Poczułam łzy napływające do oczu. Przez lata tłumiłam w sobie żal i gniew. Udawałam przed światem silną kobietę, która poradziła sobie ze wszystkim. Ale prawda była inna – nigdy mu nie wybaczyłam.

– Nie wiem, czy potrafię ci wybaczyć – odpowiedziałam cicho.

Piotr skinął głową i już miał odejść, gdy nagle usłyszałam własny głos:

– Chcesz się przejść?

Nie wiem, co mnie podkusiło. Może samotność była już zbyt ciężka? Może chciałam zamknąć ten rozdział raz na zawsze?

Szliśmy powoli przez park Skaryszewski. Liście szeleściły pod stopami, a powietrze pachniało wilgocią i ziemią.

– Jak ci się żyje? – zapytał Piotr nieśmiało.

Wzruszyłam ramionami.

– Normalnie. Praca, dom… Trochę czytam, trochę piszę do lokalnej gazety recenzje książek. Marta wyjechała do Anglii…

– Masz wnuki?

– Dwoje. Ale widuję ich rzadko.

Piotr westchnął ciężko.

– Ja też jestem sam. Basia… Zmarła pięć lat temu na udar.

Poczułam ukłucie współczucia i… dziwnej ulgi. Przez chwilę chciałam zapytać: „Czy było warto?”, ale ugryzłam się w język.

– Przepraszam za tamto wszystko – powtórzył Piotr. – Byłem głupi i tchórzliwy. Myślałem, że znajdę szczęście gdzie indziej…

Spojrzałam mu prosto w oczy.

– A znalazłeś?

Zamilkł na dłuższą chwilę.

– Nie wiem. Myślę, że szczęście to coś innego niż myślałem wtedy…

Usiedliśmy na ławce przy stawie. Patrzyliśmy na kaczki i milczeliśmy długo. W końcu Piotr odezwał się znowu:

– Aniu… Czy możemy czasem się spotkać? Nie jako para… Po prostu jako ludzie?

Zacisnęłam powieki. W głowie słyszałam głos córki: „Mamo, po co ci to? On cię zranił!”. Ale serce biło szybciej niż od lat.

– Nie wiem… Muszę się zastanowić – odpowiedziałam szczerze.

Wróciłam do domu roztrzęsiona. Wieczorem zadzwoniła Marta.

– Mamo? Wszystko w porządku? Brzmisz dziwnie…

Opowiedziałam jej o spotkaniu z Piotrem. Zamilkła na chwilę.

– Mamo… On cię zostawił dla innej! Jak możesz mu wybaczyć?

– Nie wiem, czy potrafię wybaczyć – powtórzyłam jej słowa Piotra. – Ale może czas spróbować żyć inaczej?

Przez kolejne dni nie mogłam spać. Wspomnienia wracały falami: śmiech Piotra przy kuchennym stole, jego listy pisane na studiach, potem jego zdrada i samotne noce z płaczem w poduszkę. Ale też te wszystkie lata po rozwodzie – jak uczyłam się żyć sama, jak odkrywałam siebie na nowo dzięki literaturze i pracy w bibliotece.

Po tygodniu zadzwonił domofon.

– Aniu… To ja. Przyniosłem ci nową książkę Tokarczuk…

Otworzyłam drzwi bez słowa.

Usiedliśmy razem przy kuchennym stole – tym samym, przy którym kiedyś płakałam po jego odejściu. Rozmawialiśmy długo o książkach, o życiu, o tym wszystkim, co nas ominęło.

Nie wiem jeszcze, czy potrafię mu wybaczyć całkowicie. Ale wiem jedno: samotność nie musi być moim przeznaczeniem.

Czasem myślę: czy naprawdę można zacząć od nowa po sześćdziesiątce? Czy warto otworzyć serce na kogoś, kto je kiedyś złamał? Co wy byście zrobili na moim miejscu?