Nie jestem niańką ani służącą: Moje życie też się liczy
— Mamo, czy możesz dziś odebrać Antosia z przedszkola? — głos Kasi, mojej córki, brzmiał jak rozkaz, nie jak prośba. Stałam przy oknie, patrząc na krople deszczu spływające po szybie, i poczułam, jak coś we mnie pęka. To już trzeci raz w tym tygodniu. Miałam swoje plany — spotkanie z przyjaciółką, na które czekałam od miesięcy. Ale przecież zawsze mogę zrezygnować, prawda? Przecież jestem babcią, a babcie są od pomagania. Tak przynajmniej uważała Kasia.
— Kasiu, dziś nie mogę. Mam swoje sprawy — odpowiedziałam cicho, ale stanowczo. Po drugiej stronie zapadła cisza, a potem usłyszałam ciężkie westchnienie.
— Zawsze mogłam na ciebie liczyć. Teraz, kiedy naprawdę cię potrzebuję, odwracasz się ode mnie? — jej głos drżał od emocji. Poczułam ukłucie winy, jakby ktoś wbił mi szpilkę prosto w serce. Przez chwilę miałam ochotę przeprosić, odwołać wszystko i pobiec po Antosia. Ale nie zrobiłam tego. Po raz pierwszy od dawna postawiłam siebie na pierwszym miejscu.
Kasia rozłączyła się bez słowa. W mieszkaniu zapadła głucha cisza, którą przerywał tylko szum deszczu. Usiadłam na kanapie i zaczęłam płakać. Nie z powodu kłótni, ale z powodu lat, które poświęciłam innym, zapominając o sobie. Przypomniałam sobie, jak po śmierci męża całe życie podporządkowałam rodzinie. Najpierw dzieciom, potem wnukowi. Zawsze byłam na zawołanie, zawsze gotowa pomóc, nawet kosztem własnych marzeń i potrzeb.
Wieczorem zadzwoniła do mnie siostra, Basia. — Co się stało? Kasia do mnie dzwoniła, płakała. Mówi, że ją zostawiłaś na lodzie — powiedziała bez ogródek. Westchnęłam ciężko.
— Basia, ja też mam prawo do swojego życia. Chcę wyjść z domu, spotkać się z ludźmi, pojechać na wycieczkę. Nie mogę być tylko niańką — tłumaczyłam, ale czułam, że nawet ona mnie nie rozumie.
— Ale przecież to twoja rodzina. Dzieci są najważniejsze — usłyszałam w odpowiedzi. Poczułam się, jakby cały świat oczekiwał ode mnie, że będę się poświęcać bez końca. Czy naprawdę nie mam prawa do własnych pragnień?
Następnego dnia Kasia przyszła do mnie z Antosiem. Chłopiec rzucił mi się na szyję, a ona stała w drzwiach, z rękami skrzyżowanymi na piersi. — Musimy porozmawiać — powiedziała chłodno. Usiadłyśmy naprzeciwko siebie, a Antoś bawił się klockami na dywanie.
— Mamo, nie rozumiem cię. Zawsze byłaś dla mnie wsparciem. Teraz, kiedy mam trudny czas w pracy, kiedy Michał ciągle wyjeżdża, ty nagle się wycofujesz. Czy naprawdę twoje spotkanie z koleżanką jest ważniejsze niż pomoc własnej córce? — jej oczy były pełne łez i pretensji.
— Kasiu, przez lata byłam tylko dla was. Odkąd pamiętam, rezygnowałam z siebie. Chcę być babcią, ale nie chcę być służącą. Chcę mieć własne życie, własne chwile radości. Czy to naprawdę tak wiele? — odpowiedziałam, czując, jak głos mi drży.
— Ale ja nie mam nikogo innego! — wykrzyknęła. — Nie stać mnie na opiekunkę, Michał ciągle pracuje, a ja muszę jakoś sobie radzić. Myślałam, że mogę na ciebie liczyć. — W jej głosie była rozpacz, ale i złość.
— Możesz na mnie liczyć, ale nie zawsze i nie za wszelką cenę. Potrzebuję też czasu dla siebie. Chcę być szczęśliwa, Kasiu. Czy to takie złe? — zapytałam, patrząc jej prosto w oczy.
Przez chwilę siedziałyśmy w milczeniu. Antoś podszedł do mnie i przytulił się mocno. — Babciu, nie płacz — powiedział cicho. Uśmiechnęłam się przez łzy i pogłaskałam go po głowie.
Kasia wstała gwałtownie. — Nie rozumiem cię. Chyba muszę się przyzwyczaić, że już nie jesteś tą samą mamą, co kiedyś — rzuciła i wyszła, trzaskając drzwiami. Zostałam sama z Antosiem, który patrzył na mnie wielkimi, smutnymi oczami.
Wieczorem długo nie mogłam zasnąć. W głowie kłębiły mi się myśli. Czy jestem złą matką, skoro chcę mieć własne życie? Czy egoizm to naprawdę takie straszne słowo? Przypomniałam sobie, jak kiedyś marzyłam o podróżach, o nauce tańca, o tym, żeby po prostu wyjść do kina bez poczucia winy. Zawsze jednak coś stawało na przeszkodzie — dzieci, dom, obowiązki. Teraz, kiedy mogłabym wreszcie pomyśleć o sobie, znów czuję się winna.
Kilka dni później zadzwoniła do mnie sąsiadka, pani Zofia. — Pani Haniu, idziemy z dziewczynami na wycieczkę do Kazimierza. Może się pani przyłączy? — zaproponowała z entuzjazmem. Przez chwilę się wahałam, ale potem pomyślałam: dlaczego nie? Zgodziłam się i poczułam, jakby spadł mi z serca ciężar. Po raz pierwszy od dawna cieszyłam się na coś, co było tylko dla mnie.
Kiedy Kasia dowiedziała się o mojej wycieczce, zadzwoniła z wyrzutem. — Naprawdę wolisz jechać z koleżankami niż pomóc mi z Antosiem? — zapytała z goryczą. — Tak, Kasiu. Potrzebuję tego. Potrzebuję poczuć, że żyję nie tylko dla innych, ale też dla siebie — odpowiedziałam spokojnie.
Rozmowa zakończyła się chłodno. Wiedziałam, że Kasia czuje się zraniona, ale ja też byłam zraniona przez lata oczekiwań i poświęceń. Zaczęłam się zastanawiać, dlaczego w naszej kulturze tak trudno zaakceptować, że matka czy babcia może mieć własne życie. Dlaczego kobieta, która chce być szczęśliwa, jest postrzegana jako samolubna?
Po powrocie z wycieczki poczułam się odmieniona. Byłam szczęśliwa, pełna energii. Spotkałam się z koleżankami, śmiałam się, rozmawiałam o wszystkim, tylko nie o problemach rodzinnych. Kiedy wróciłam do domu, czekała na mnie wiadomość od Kasi: „Przepraszam, mamo. Chyba nie rozumiałam, jak bardzo też potrzebujesz swojego życia. Kocham cię.”
Popłakałam się ze wzruszenia. Może to początek nowego etapu? Może wreszcie nauczymy się rozmawiać o swoich potrzebach, bez poczucia winy i żalu?
Czasem zastanawiam się, czy można być dobrą matką i babcią, nie rezygnując z siebie. Czy naprawdę musimy wybierać między pomocą bliskim a własnym szczęściem? Może to właśnie jest najtrudniejsza lekcja dorosłości — nauczyć się kochać innych, nie zapominając o sobie.