„Mój syn nie będzie służącym w tym domu!” – Opowieść o rodzinie rozdartą między oczekiwaniami a marzeniami

– Mój syn nie będzie służącym w tym domu! – wrzasnęła teściowa, trzaskając drzwiami kuchni tak mocno, że aż zadrżały szklanki w kredensie. Stałam przy zlewie z mokrymi rękami, a w gardle czułam gulę, która rosła z każdym jej słowem. Michał, mój mąż, siedział przy stole i udawał, że nie słyszy. Znowu.

W tamtej chwili miałam ochotę rzucić wszystko i wybiec na klatkę schodową, zostawić za sobą ten duszny zapach gotowanej kapusty i ciężar spojrzeń, które od lat wbijały mnie w podłogę. Ale zostałam. Jak zawsze. Bo przecież „rodzina jest najważniejsza”, „trzeba się dogadywać”, „nie wolno robić scen”.

To nie był pierwszy raz, kiedy Helena – bo tak miała na imię moja teściowa – dawała mi do zrozumienia, że nie jestem wystarczająco dobrą żoną dla jej jedynego syna. Od początku naszego małżeństwa czułam się jak intruz w ich świecie. Michał był jej oczkiem w głowie, a ja… Ja byłam tą, która „zabrała jej dziecko”.

– Aniu, nie przejmuj się – powiedział Michał cicho, kiedy matka wyszła do swojego pokoju. – Ona już taka jest.

– Ale ja mam już dość! – syknęłam przez zaciśnięte zęby. – Ile jeszcze razy pozwolisz jej mnie poniżać?

Spojrzał na mnie bezradnie. Wiedziałam, że nie stanie po mojej stronie. Nigdy nie stawał.

Mieszkaliśmy razem od pięciu lat. Najpierw miało być tylko „na chwilę”, dopóki nie uzbieramy na własne mieszkanie. Ale chwilę zamieniły się w lata. Każdy dzień był walką o odrobinę prywatności i szacunku. Helena miała swoje zasady: obiad o trzynastej, kolacja o dziewiętnastej, pranie tylko w środy i soboty. Każde odstępstwo kończyło się awanturą.

Najgorsze były niedziele. Wtedy przychodziła jej siostra, ciotka Zosia, i zaczynały się narady nad moim życiem.

– Aniu, a ty kiedy w końcu zajdziesz w ciążę? – pytała Zosia z uśmiechem pełnym fałszywej troski.

– Może jak przestaniecie mnie stresować – chciałam odpowiedzieć, ale tylko się uśmiechałam.

Michał milczał. Zawsze milczał.

Wieczorami siadałam na parapecie w naszej mikrosypialni i patrzyłam na światła Ursynowa. Marzyłam o własnym kącie, o ciszy bez krzyków i pretensji. O tym, żeby móc po prostu być sobą.

Pewnego dnia wróciłam z pracy wcześniej. W przedpokoju usłyszałam rozmowę Heleny z Michałem.

– Ona cię wykorzystuje! – syczała teściowa. – Pracuje całymi dniami, a ty jeszcze musisz gotować i sprzątać! Mężczyzna powinien odpoczywać po pracy!

– Mamo, ale ja chcę pomagać Ani…

– Nie chcę tego słyszeć! Mój syn nie będzie służącym w tym domu!

Stałam za drzwiami i czułam, jak łzy napływają mi do oczu. Czy naprawdę byłam taka zła? Czy to źle, że chciałam partnerstwa?

Wieczorem próbowałam porozmawiać z Michałem.

– Może powinniśmy wynająć coś małego? Chociażby kawalerkę…

– Aniu, przecież tu mamy wszystko…

– Wszystko oprócz spokoju! – wybuchłam.

Zamilkł. Wiedziałam już wtedy, że nic się nie zmieni.

Zaczęłam coraz częściej wychodzić z domu. Zapisałam się na jogę, spotykałam się z koleżankami po pracy. Michał patrzył na mnie podejrzliwie.

– Coś się zmieniło? – zapytał pewnego wieczoru.

– Tak – odpowiedziałam szczerze. – Chcę żyć inaczej.

Nie rozumiał. Albo nie chciał zrozumieć.

Pewnej nocy obudził mnie płacz Heleny. Wybiegłam z pokoju i zobaczyłam ją skuloną na podłodze w kuchni.

– Wszystko przez ciebie… – szlochała. – Odkąd tu jesteś, mój syn się ode mnie oddalił…

Poczułam mieszankę współczucia i gniewu. Czy naprawdę byłam winna wszystkiemu złemu?

Następnego dnia zadzwoniła moja mama.

– Aniu, ty tam jeszcze długo wytrzymasz? Przecież widzę po twoim głosie, że jesteś nieszczęśliwa…

Zawahałam się.

– Nie wiem… Chyba już nie mam siły.

Mama milczała przez chwilę.

– Pamiętaj, że zawsze możesz wrócić do domu.

Te słowa długo dźwięczały mi w głowie.

W pracy zaczęłam rozmawiać z kolegą, Piotrem. Był rozwiedziony, miał córkę w wieku szkolnym. Rozumiał moje rozterki jak nikt inny.

– Czasem trzeba postawić siebie na pierwszym miejscu – powiedział mi kiedyś podczas lunchu. – Inaczej całe życie będziesz żyć dla innych.

Zaczęliśmy spotykać się częściej. Nie było między nami romansu – przynajmniej na początku. Była za to bliskość i zrozumienie, którego tak bardzo mi brakowało w domu.

Któregoś dnia wróciłam późno do mieszkania. Helena czekała na mnie w przedpokoju.

– Gdzie byłaś?!

– Na spotkaniu ze znajomymi – odpowiedziałam spokojnie.

– Kobieta powinna być w domu! Mój syn wrócił głodny!

Poczułam, jak coś we mnie pęka.

– Może twój syn sam sobie zrobi kolację? Jest dorosły!

Helena spojrzała na mnie jak na obcą osobę.

Wieczorem Michał zrobił mi awanturę.

– Co się z tobą dzieje? Zmieniłaś się! Nie poznaję cię!

– Może wreszcie zaczynam być sobą…

Przez kolejne tygodnie atmosfera była coraz gorsza. Helena przestała ze mną rozmawiać, Michał zamknął się w sobie. Czułam się jak cień we własnym domu.

W końcu podjęłam decyzję.

Spakowałam walizkę i zadzwoniłam do mamy.

– Mamo… Mogę przyjechać?

Nie pytała o szczegóły. Po prostu powiedziała: „Czekam”.

Kiedy wychodziłam z mieszkania na Ursynowie, Helena stała w drzwiach swojego pokoju.

– Jeszcze zatęsknisz za moim synem! – rzuciła lodowatym głosem.

Nie odpowiedziałam. Michał nawet nie wyszedł się pożegnać.

Wróciłam do rodzinnego domu pod Warszawą. Mama przytuliła mnie mocno i powiedziała:

– Teraz odpocznij. Potem zdecydujesz, co dalej.

Przez pierwsze dni czułam ulgę pomieszaną ze strachem. Czy dobrze zrobiłam? Czy powinnam była walczyć dłużej?

Piotr zadzwonił kilka dni później.

– Jak się czujesz?

– Wolna – odpowiedziałam szczerze po raz pierwszy od lat.

Nie wiem jeszcze, co będzie dalej. Może wrócę do Michała, jeśli coś się zmieni. Może zacznę nowe życie sama albo z kimś innym. Ale wiem jedno: już nigdy nie pozwolę nikomu decydować za mnie.

Czy naprawdę trzeba poświęcać siebie dla rodziny? A może czasem warto zawalczyć o własne szczęście? Co wy byście zrobili na moim miejscu?