Między kwiatami a warzywami: Historia o marzeniach, rodzinie i wyborach

– Po co ci te kwiaty, Zuzanna? Przecież to tylko kłopot. Powinnaś sadzić ziemniaki, marchew, coś pożytecznego, a nie te bzdury! – głos mamy przebił się przez ciszę poranka jak zimny nóż. Stałam na środku naszego podwórka w małej wsi pod Lublinem, z rękami brudnymi od ziemi, patrząc na grządkę, którą pielęgnowałam od miesięcy.

Wczoraj jeszcze kwitły tu malwy, nagietki i astry – moje ukochane. Dziś zastałam tylko rozkopaną ziemię i kilka połamanych łodyg. Mama stała obok z łopatą, jej twarz była zamknięta, nieprzystępna. – Nie rozumiem, dlaczego marnujesz czas na takie rzeczy – dodała, przewracając oczami. – Kwiaty nie nakarmią rodziny.

Zawsze czułam się inna. Od dziecka zatrzymywałam się przy każdym klombie, zachwycałam się kolorami i kształtami płatków. W ogrodzie babci spędzałam godziny, ucząc się nazw roślin i podpatrując pszczoły. To tam po raz pierwszy poczułam, że świat może być piękny, nawet jeśli wokół jest szaro i ciężko. Ale odkąd babcia odeszła, ogród stał się polem bitwy – moich marzeń z matczyną praktycznością.

– Mamo, przecież to nie tylko dla mnie. Kwiaty przyciągają pszczoły, są dobre dla ziemi…
– Przestań! – przerwała mi ostro. – Nie będę słuchać tych bzdur z telewizji. W tym domu liczy się praca i to, co można zjeść albo sprzedać.

Czułam, jak narasta we mnie bunt i bezsilność. Chciałam krzyczeć, ale wiedziałam, że to nic nie da. Mama była twarda jak skała – całe życie pracowała na roli, sama wychowywała mnie po tym, jak tata odszedł do innej kobiety. Zawsze powtarzała: „Nie ma miejsca na słabości”.

Wieczorem siedziałam w swoim pokoju i patrzyłam przez okno na ogród. Wspomnienia wracały falami: jak babcia uczyła mnie siać nasiona, jak razem śmiałyśmy się z pierwszych nieudanych prób. Pamiętam jej ciepłe dłonie i zapach lawendy. Tęskniłam za nią bardziej niż kiedykolwiek.

Następnego dnia poszłam do szkoły z ciężkim sercem. Moja przyjaciółka Marta od razu zauważyła, że coś jest nie tak.
– Znowu pokłóciłaś się z mamą?
– Tym razem wyrwała wszystkie moje kwiaty – wyszeptałam.
Marta objęła mnie ramieniem.
– Może spróbuj jej wytłumaczyć…
– Ona nie chce słuchać. Dla niej liczy się tylko to, co praktyczne.

W domu atmosfera była napięta. Mama udawała, że nic się nie stało. Ja milczałam przez cały obiad. Wieczorem usłyszałam jej rozmowę przez telefon:
– Zuzanna znowu wymyśla z tymi kwiatami… Nie wiem, co z nią zrobić…

Czułam się niewidzialna. Jakby moje potrzeby i marzenia nie miały znaczenia. Zaczęłam zastanawiać się, czy naprawdę jestem taka dziwna? Czy to źle chcieć czegoś więcej niż tylko przetrwać?

Pewnej nocy nie mogłam spać. Wyszłam na podwórko i usiadłam na zimnej ziemi tam, gdzie kiedyś rosły moje kwiaty. Wpatrywałam się w gwiazdy i myślałam o babci.
– Babciu, co mam robić? – szepnęłam w ciemność.

Następnego dnia postanowiłam spróbować jeszcze raz. Poszłam do sklepu ogrodniczego i kupiłam kilka nasion – tym razem wybrałam słoneczniki i maki, bo wiedziałam, że szybko rosną i są wytrzymałe. Schowałam je w kieszeni kurtki.

Wieczorem, gdy mama oglądała serial w kuchni, wymknęłam się do ogrodu i zaczęłam siać nasiona w ukryciu za stodołą. Czułam się jak złodziejka własnych marzeń.

Minęły tygodnie. Codziennie rano biegłam sprawdzić, czy coś wykiełkowało. Kiedy pojawiły się pierwsze zielone listki, poczułam radość tak wielką, że aż zakręciło mi się w głowie.

Ale mama szybko odkryła mój sekret.
– Myślisz, że nie widzę? – zapytała chłodno pewnego popołudnia. – Ile razy mam powtarzać? W tym domu nie ma miejsca na takie rzeczy!

Tym razem nie wytrzymałam.
– Dlaczego nie możesz mnie zaakceptować taką, jaka jestem? Dlaczego wszystko musi być po twojemu?
Mama spojrzała na mnie twardo.
– Bo życie to nie bajka! Ty myślisz, że świat jest kolorowy jak twoje kwiatki? Gdybyś wiedziała, ile razy musiałam wybierać między jedzeniem a opałem…

Zamilkła na chwilę i pierwszy raz zobaczyłam w jej oczach coś więcej niż złość – może smutek? Może strach?

– Mamo… ja rozumiem, że było ci ciężko. Ale czy to znaczy, że ja mam nigdy nie spróbować żyć inaczej?

Przez chwilę milczałyśmy obie. Potem mama odwróciła się i wyszła bez słowa.

Od tamtej pory nasze relacje były jeszcze bardziej napięte. Ja coraz częściej uciekałam do ogrodu lub do Marty. Zaczęłam czytać książki o ogrodnictwie i marzyć o własnym kawałku ziemi.

Pewnego dnia w szkole ogłoszono konkurs na najpiękniejszy ogród szkolny. Zgłosiłam się bez wahania. Przez kilka tygodni pracowałam po lekcjach – sadziłam kwiaty, pieliłam chwasty, projektowałam rabaty. Marta pomagała mi jak mogła.

Kiedy nadszedł dzień konkursu, byłam tak zdenerwowana, że prawie nie mogłam oddychać. Jurorzy chodzili między grządkami, zadawali pytania o rośliny i pielęgnację.

Wieczorem zadzwonił telefon ze szkoły: wygrałyśmy pierwsze miejsce! Byłam szczęśliwa jak nigdy wcześniej.

Mama dowiedziała się o tym od sąsiadki.
– Podobno twoja córka wygrała jakiś konkurs…
Mama spojrzała na mnie inaczej niż zwykle.
– Gratuluję – powiedziała cicho.
To było wszystko – ale dla mnie znaczyło bardzo dużo.

Dziś wiem jedno: czasem trzeba walczyć o swoje marzenia nawet wtedy, gdy nikt ich nie rozumie. Może kiedyś mama zrozumie, dlaczego kwiaty są dla mnie ważne…

A wy? Czy mieliście kiedyś poczucie, że musicie wybierać między sobą a oczekiwaniami bliskich? Czy warto rezygnować z siebie dla świętego spokoju?