Kiedy mój mąż oddał całe moje gotowanie swojej matce – burza w polskiej kuchni
„Gdzie są moje gołąbki?” – zapytałam, otwierając lodówkę i czując, jak narasta we mnie niepokój. Przez cały weekend gotowałam – bigos, gołąbki, zupa pomidorowa, nawet sernik na deser. Chciałam, żebyśmy mieli spokój w tygodniu, żebym po pracy mogła po prostu wyjąć coś z lodówki i zjeść z Tomkiem kolację. Ale teraz, w poniedziałkowy wieczór, półki były puste. Zostało tylko trochę masła i otwarty słoik ogórków.
Tomek siedział w salonie, wpatrzony w telewizor, jakby nic się nie stało. „Tomek, gdzie jest jedzenie?” – zapytałam, starając się, żeby mój głos nie drżał. Przez chwilę udawał, że mnie nie słyszy, ale w końcu westchnął i powiedział: „Oddałem mamie. Ona ostatnio mówiła, że nie ma siły gotować, a ty tyle zrobiłaś, że nam przecież nie zabraknie.”
Zamarłam. Poczułam, jakby ktoś wylał na mnie kubeł zimnej wody. „Oddałeś wszystko? Nawet sernik?” – dopytywałam, nie wierząc własnym uszom. „No… tak. Mama się ucieszyła. Mówiła, że dawno nie jadła domowego sernika.”
W tej chwili poczułam, jakby ktoś mnie zdradził. Przez cały weekend stałam przy garach, kroiłam, mieszałam, doprawiałam, a on – bez słowa, bez pytania – po prostu wszystko zabrał i oddał swojej matce. Moje gotowanie, mój czas, moja troska. Wszystko poszło do kogoś innego.
Nie wiedziałam, czy mam płakać, czy krzyczeć. Zamiast tego usiadłam przy stole i patrzyłam na Tomka, który unikał mojego wzroku. „Dlaczego mi nie powiedziałeś?” – zapytałam cicho. „Bałem się, że się zdenerwujesz” – odpowiedział, jakby to było jakieś usprawiedliwienie.
Wtedy poczułam, jak narasta we mnie złość. „A nie pomyślałeś, że może ja też jestem zmęczona? Że gotowałam to wszystko, żebyśmy mieli coś dla siebie? Że może chciałabym, żeby ktoś raz pomyślał o mnie?”
Tomek wzruszył ramionami. „Mama jest sama, nie ma nikogo. Ty masz mnie.”
Te słowa zabolały mnie jeszcze bardziej. Czy naprawdę bycie żoną oznacza, że moje potrzeby są zawsze na drugim miejscu? Że wszystko, co robię, można po prostu oddać komuś innemu, bo „rodzina jest najważniejsza”? Czy ja nie jestem rodziną?
Przez kolejne dni w naszym mieszkaniu panowała cisza. Tomek próbował się tłumaczyć, przynosił kwiaty, kupił nawet gotowe pierogi z supermarketu, jakby to miało wszystko naprawić. Ale ja nie mogłam przestać myśleć o tym, jak łatwo oddał coś, co dla mnie było ważne. Jakby moje starania nie miały żadnej wartości.
W czwartek zadzwoniła do mnie teściowa. „Dziękuję za jedzenie, kochanie. Tomek mówił, że to ty wszystko przygotowałaś. Tak dobrze mi zrobiło, przypomniały mi się czasy, kiedy sama gotowałam dla rodziny.”
Nie wiedziałam, co odpowiedzieć. Z jednej strony było mi jej żal – rzeczywiście była sama, odkąd teść zmarł, a dzieci wyjechały. Z drugiej strony czułam się wykorzystana. „Cieszę się, że smakowało” – powiedziałam, choć w środku aż mnie skręcało.
Wieczorem nie wytrzymałam. „Tomek, musimy porozmawiać. Nie chodzi tylko o jedzenie. Chodzi o to, że nie pytasz mnie o zdanie. Że decydujesz za mnie, jakby moje uczucia się nie liczyły.”
Tomek spuścił głowę. „Nie chciałem cię zranić. Po prostu… mama ostatnio dużo płacze. Myślałem, że jej to pomoże.”
„A mnie kto pomoże?” – zapytałam. „Kto pomyśli o mnie, kiedy ja jestem zmęczona, kiedy ja potrzebuję wsparcia?”
Zapanowała długa cisza. W końcu Tomek powiedział: „Nie wiem, jak to naprawić. Chciałem dobrze.”
„Może następnym razem po prostu zapytaj. Może razem coś wymyślimy. Ale nie możesz decydować za mnie. To nie jest fair.”
Tomek przytaknął, ale widziałam, że nie do końca rozumie. Może nigdy nie zrozumie, jak to jest być kobietą, która zawsze musi dzielić się sobą z innymi, nawet wtedy, kiedy sama nie ma już siły.
W piątek wróciłam z pracy i zobaczyłam, że Tomek próbuje gotować. W kuchni panował chaos – rozlane mleko, przypalony garnek, mąka na podłodze. „Chciałem zrobić ci naleśniki” – powiedział nieśmiało. „Nie wiem, jak ty to robisz, że wszystko ci wychodzi.”
Uśmiechnęłam się smutno. „Może dlatego, że nikt mi nie przeszkadza i nie zabiera tego, co zrobiłam.”
Usiedliśmy razem przy stole, jedząc przypalone naleśniki. Były niedosolone, trochę gumowate, ale pierwszy raz od dawna czułam, że ktoś zrobił coś dla mnie. Nawet jeśli nie wyszło idealnie.
Wieczorem długo rozmawialiśmy o tym, jak wygląda nasze małżeństwo. O tym, że czasem trzeba postawić granice, nawet wobec rodziny. Że nie można wiecznie poświęcać się dla innych, zapominając o sobie. Że ja też mam prawo być zmęczona, mieć swoje potrzeby, swoje marzenia.
Nie wiem, czy Tomek to zrozumiał do końca. Ale wiem, że coś się zmieniło. Może nie od razu, może nie wszystko, ale pierwszy raz poczułam, że mogę walczyć o siebie. Że nie muszę być zawsze tą, która daje, a nigdy nie dostaje nic w zamian.
Czasem zastanawiam się, ile kobiet w Polsce czuje się tak jak ja. Ile z nas gotuje, sprząta, troszczy się o innych, a potem zostaje z pustą lodówką i poczuciem, że nasze starania są niewidzialne. Czy naprawdę musimy poświęcać się bez końca? A może czas wreszcie zacząć walczyć o siebie i swoje miejsce w rodzinie?