Gość we własnym domu: Moja walka o szacunek i miejsce w rodzinie męża
– Aniu, nie przesadzaj. To przecież dom moich rodziców, powinnaś się dostosować – usłyszałam od Michała, kiedy po raz kolejny próbowałam porozmawiać z nim o tym, jak bardzo czuję się tu obco. Stałam wtedy w kuchni, z rękami zanurzonymi w zimnej wodzie, zmywając talerze po kolacji, którą przygotowałam dla całej rodziny. W powietrzu unosił się zapach pieczonego kurczaka i świeżego koperku, ale dla mnie wszystko pachniało goryczą.
Nie tego się spodziewałam, wychodząc za Michała. Poznaliśmy się na studiach w Krakowie. On – pewny siebie, zawsze uśmiechnięty, z błyskiem w oku. Ja – cicha, trochę nieśmiała, ale zakochana po uszy. Po ślubie zamieszkaliśmy u jego rodziców w małym domu pod Wieliczką. Miał być to tylko tymczasowy układ, dopóki nie uzbieramy na własne mieszkanie. Minęły trzy lata.
Od początku czułam się tu jak intruz. Teściowa, pani Halina, miała swoje zasady: obiad zawsze o trzynastej, pranie tylko w środy i soboty, a okna myje się raz w miesiącu – w ostatni piątek. Każde moje odstępstwo od tych reguł kończyło się jej cichym westchnieniem albo wymownym spojrzeniem. Teść, pan Zbigniew, był bardziej powściągliwy, ale jego milczenie bolało czasem bardziej niż słowa.
Najgorsze były wieczory. Siedzieliśmy wszyscy przy stole, a rozmowy toczyły się wokół wspomnień z dzieciństwa Michała i jego siostry Kasi. Ja byłam tylko słuchaczem. Kiedy próbowałam coś powiedzieć, teściowa przerywała mi: – Aniu, a może dolejesz herbaty? – albo – Aniu, czy mogłabyś podać sól?
Pewnego wieczoru nie wytrzymałam. – Michał, czy ty widzisz, jak mnie tu traktują? – zapytałam szeptem, kiedy zostaliśmy sami w pokoju.
– Przesadzasz. Mama po prostu lubi mieć wszystko po swojemu.
– Ale ja tu nie jestem nikim! Nawet nie mogę postawić kwiatka na parapecie bez jej zgody!
– To nie jest nasz dom – powiedział wtedy cicho. – Jesteśmy tu tylko gośćmi.
Te słowa uderzyły mnie mocniej niż jakakolwiek kłótnia. Gośćmi? Po trzech latach? Po tylu wspólnych chwilach? Poczułam się tak, jakby ktoś wyciągnął mi dywan spod nóg.
Od tamtej pory każdy dzień był walką o własną godność. Rano budziłam się z ciężarem na sercu. W łazience patrzyłam na swoje odbicie i pytałam: „Kim ja tu jestem?” Próbowałam rozmawiać z Michałem, ale on coraz częściej wracał późno z pracy albo zamykał się w swoim świecie.
Zaczęły się drobne konflikty. Pewnego dnia teściowa weszła do kuchni i zobaczyła mnie krojącą cebulę do zupy.
– Aniu, cebulę kroi się drobniej. Tak robiła moja mama i tak robię ja.
Zacisnęłam zęby i pokroiłam ją jeszcze drobniej, choć łzy cisnęły mi się do oczu nie tylko przez cebulę.
Kasia, siostra Michała, przyjeżdżała co weekend z mężem i dwójką dzieci. Dzieci biegały po całym domu, a ja miałam wrażenie, że jestem niewidzialna. Kiedy próbowałam pobawić się z nimi, Kasia mówiła: – Daj im spokój, Aniu, one są zmęczone.
Najbardziej bolało mnie to, że Michał nie stawał po mojej stronie. Kiedyś usłyszałam przez przypadek rozmowę między nim a jego matką:
– Michałku, twoja żona chyba nie bardzo odnajduje się w naszej rodzinie.
– Mamo, ona po prostu jest inna.
– Może powinniście pomyśleć o czymś swoim?
– Nie stać nas teraz na własne mieszkanie.
Wtedy poczułam się jak ciężar. Jak problem do rozwiązania.
Z czasem zaczęłam unikać wspólnych posiłków. Jadłam w swoim pokoju pod pretekstem bólu głowy albo zmęczenia. Wieczorami wychodziłam na długie spacery po okolicy. Patrzyłam na domy sąsiadów i wyobrażałam sobie, że gdzieś tam jest miejsce dla mnie – takie prawdziwe, gdzie mogę być sobą.
Pewnej nocy wróciłam późno ze spaceru. W kuchni siedziała teściowa.
– Gdzie byłaś? Martwiliśmy się.
– Potrzebowałam trochę powietrza.
– Wiesz… kobieta powinna być w domu wieczorem. Tak przynajmniej uważał mój ojciec.
Nie odpowiedziałam. Wzięłam szklankę wody i poszłam do pokoju.
Następnego dnia rano znalazłam na stole kartkę: „Ania, proszę cię o większy porządek w kuchni. Halina”. Poczułam narastającą złość i bezsilność jednocześnie.
W pracy też nie było łatwo. Pracowałam jako nauczycielka w pobliskiej szkole podstawowej. Dzieci były cudowne, ale koleżanki z pokoju nauczycielskiego często pytały:
– Jak ci się mieszka z teściami?
Uśmiechałam się sztucznie:
– Dobrze…
Ale wewnątrz krzyczałam.
Przełom nastąpił pewnego sobotniego popołudnia. Kasia przyjechała jak zwykle z rodziną. Dzieci biegały po ogrodzie, a ja siedziałam na ławce pod jabłonią i płakałam cicho do własnych myśli. Nagle podszedł do mnie teść.
– Aniu…
Podniosłam głowę i zobaczyłam jego zmęczone oczy.
– Wiem, że ci ciężko – powiedział cicho. – Halina jest… jaka jest. Ale ona naprawdę chce dobrze.
– Ale ja tu nie mam swojego miejsca – wyszeptałam.
– Może czas pomyśleć o czymś swoim?
Popatrzyłam na niego ze zdziwieniem. Po raz pierwszy ktoś z tej rodziny powiedział coś takiego prosto do mnie.
Wieczorem zebrałam się na odwagę i powiedziałam Michałowi:
– Albo zaczniemy szukać czegoś swojego, albo… ja już dłużej tak nie mogę.
Spojrzał na mnie długo i ciężko westchnął:
– Nie rozumiesz… Ja mam tu wszystko: rodzinę, wsparcie…
– A ja? Ja mam tylko ciebie! I nawet ty nie jesteś po mojej stronie!
Wybiegłam z domu i długo chodziłam po polach za wsią. Płakałam tak mocno, że aż bolały mnie płuca. Wtedy poczułam coś dziwnego – gniew zmieszał się z determinacją. Po raz pierwszy pomyślałam: „Może muszę zawalczyć o siebie sama?”
Następnego dnia zadzwoniłam do swojej mamy do Tarnowa:
– Mamo… czy mogę przyjechać na kilka dni?
Nie pytała o powód. Wiedziała wszystko po moim głosie.
Spakowałam kilka rzeczy i wyszłam bez słowa wyjaśnienia. Michał zadzwonił dopiero wieczorem:
– Aniu… gdzie jesteś?
– Tam, gdzie ktoś mnie chce naprawdę.
Rozłączyłam się.
U mamy poczułam spokój po raz pierwszy od lat. Siedziałyśmy razem przy stole i piłyśmy herbatę z cytryną.
– Córeczko… czasem trzeba odejść, żeby ktoś docenił twoją obecność – powiedziała mama cicho.
Po tygodniu Michał przyjechał do Tarnowa.
– Wrócisz?
Popatrzyłam mu prosto w oczy:
– Tylko jeśli zaczniemy budować coś razem. Nie chcę być już gościem we własnym życiu.
Zgodził się wynająć małe mieszkanie w Krakowie. Było ciasne i stare, ale nasze. Po raz pierwszy mogłam postawić kwiatka na parapecie bez pytania kogokolwiek o zgodę.
Dziś wiem jedno: czasem trzeba przejść przez piekło samotności i upokorzenia, żeby odnaleźć własną siłę. Czy warto było tyle wycierpieć dla kilku metrów własnej przestrzeni i szacunku? Czy każda kobieta musi walczyć o swoje miejsce w rodzinie męża?
A może to my same musimy nauczyć się mówić „dość” zanim będzie za późno?