Domy dla dzieci, pustka dla siebie – historia matki na emigracji

– Mamo, nie rozumiesz, że nie chcę tego mieszkania w Warszawie? – krzyknęła Ola przez telefon, a ja poczułam, jak ściska mnie w gardle. Stałam wtedy w kuchni wynajmowanego mieszkania w Londynie, z widokiem na szare podwórko i mokre od deszczu śmietniki. W ręku miałam kubek herbaty, który drżał mi w dłoni.

– Ola, przecież to dla ciebie… – zaczęłam, ale córka już się rozłączyła.

Przez chwilę stałam w ciszy, słysząc tylko tykanie zegara i szum lodówki. Pracowałam tu od piętnastu lat – najpierw sprzątałam domy, potem opiekowałam się starszymi ludźmi. Każdą złotówkę odkładałam dla moich dzieci: Oli, Michała i Kasi. Chciałam, żeby mieli lepiej niż ja. Żeby nie musieli wyjeżdżać, żeby mieli własny kąt.

Ale czy to wystarczyło? Czy to był naprawdę ich dom?

Michał odezwał się wieczorem. – Mamo, dziękuję za mieszkanie w Krakowie, ale… ja chyba wyjeżdżam do Norwegii. Tu nie ma pracy. – Jego głos był zmęczony, jakby już pogodził się z losem.

– Michał, przecież masz gdzie mieszkać…

– Ale nie mam po co tu być – przerwał mi. – Przepraszam, muszę kończyć.

Z Kasią było inaczej. Ona zawsze była najbliżej mnie – dzwoniła codziennie, opowiadała o studiach i chłopaku. Ale nawet ona zaczęła się oddalać. Kiedy zaproponowałam jej mieszkanie w Gdańsku, powiedziała tylko: – Mamo, to twoje pieniądze. Ja chcę być wolna.

Wtedy po raz pierwszy poczułam się naprawdę samotna. Przez lata żyłam marzeniem o powrocie do Polski, do dzieci, do domu. Ale kiedy wróciłam na święta i usiadłam z nimi przy stole w nowym mieszkaniu Oli, zobaczyłam obcych ludzi. Ola była zamyślona, Michał patrzył w telefon, a Kasia rozmawiała z kimś przez Messenger.

– Może zagramy w coś razem? – zaproponowałam nieśmiało.

– Mamo, jestem zmęczona – mruknęła Ola.

– Ja muszę jeszcze coś napisać na uczelnię – dodała Kasia.

Michał tylko wzruszył ramionami.

Wyszłam na balkon i spojrzałam na ciemne okna sąsiednich bloków. Przypomniały mi się wieczory w Londynie, kiedy marzyłam o tym, żeby być tu z nimi. A teraz byłam – i czułam się jeszcze bardziej obca niż tam.

Po świętach wróciłam do Anglii. W pracy pani Margaret zapytała:

– Dlaczego pani jest taka smutna?

Nie umiałam odpowiedzieć. Bo jak powiedzieć komuś obcemu, że spełniło się swoje największe marzenie i… nic z tego nie wyszło?

Mijały miesiące. Dzieci rzadziej dzwoniły. Michał wyjechał do Norwegii i sprzedał mieszkanie. Ola wynajęła swoje komuś obcemu i przeprowadziła się do chłopaka. Kasia zamieszkała w akademiku.

Pewnego dnia zadzwoniła Ola. Płakała.

– Mamo… rozstałam się z Tomkiem. Nie mam gdzie mieszkać.

– Przyjedź do mnie – powiedziałam bez namysłu.

Przyleciała po tygodniu. Siedziałyśmy razem przy herbacie w mojej małej kuchni.

– Przepraszam cię za wszystko – szepnęła Ola.

Objęłam ją mocno.

Potem zadzwonił Michał. – Mamo… mogę przyjechać na chwilę? Potrzebuję pogadać.

I Kasia: – Mamo, tęsknię za tobą.

Nagle mój wynajmowany pokój stał się domem pełnym śmiechu i rozmów. Gotowaliśmy razem pierogi, oglądaliśmy stare zdjęcia, płakaliśmy i śmialiśmy się na zmianę.

Zrozumiałam wtedy coś ważnego: dom to nie ściany ani adresy w księdze wieczystej. Dom to my – razem, nawet jeśli na chwilę, nawet jeśli daleko od Polski.

Dziś dzieci są już dorosłe. Mają swoje życia, swoje wybory i błędy. Ale wiem jedno: zawsze mogą wrócić do mnie – gdziekolwiek jestem.

Czy warto było poświęcić tyle lat samotności dla ich przyszłości? Czy można kupić szczęście za pieniądze? A może prawdziwy dom buduje się zupełnie inaczej? Co wy o tym myślicie?