Cisza po czterdziestu latach: Rozstanie w cieniu wspomnień

– Znowu zostawili psa, a sami poszli się bawić – mruknęłam pod nosem, patrząc jak drzwi za naszymi dziećmi cicho się zamykają. Była sylwestrowa noc, a w naszym domu panowała cisza, którą przerywało tylko stukanie pazurów Borysa o panele. Jan siedział przy stole, wpatrzony w szklankę herbaty, jakby szukał w niej odpowiedzi na pytania, których nigdy nie zadawał.

– Może byśmy gdzieś pojechali? – rzuciłam niepewnie, choć wiedziałam, że Jan nie lubi niespodzianek.

– Wiesz, Haniu… – zaczął powoli, z tym swoim zmęczonym głosem. – Chciałbym pojechać na cmentarz. Od dawna nie byłem u rodziców. Tyle wolnych dni… Może to dobry moment.

Nie odpowiedziałam od razu. Przez chwilę patrzyłam na niego i widziałam tylko obcego człowieka. Kiedyś był moim światem – teraz wydawał się być tylko cieniem wspomnień. Przez lata byliśmy razem: dzieci, praca, kredyty, remonty, święta… Wszystko razem. Ale od jakiegoś czasu czułam, że coś się zmieniło. Że między nami rozciągnęła się niewidzialna przepaść.

Pojechaliśmy na cmentarz następnego dnia. Jan długo stał przy grobie swoich rodziców, milczał. Ja też milczałam. W drodze powrotnej próbowałam zagaić rozmowę:

– Pamiętasz, jak pierwszy raz tu przyjechaliśmy? Było lato, dzieci biegały po alejkach…

Jan wzruszył ramionami.

– To było dawno temu, Haniu.

Zabolało mnie to bardziej niż chciałam przyznać. Przez resztę dnia rozmawialiśmy tylko o rzeczach praktycznych: kto wyjdzie z psem, co zjemy na kolację, czy trzeba kupić chleb. Wieczorem usiadłam sama w salonie i poczułam się tak samotna, jak nigdy dotąd.

Kilka dni później Jan wrócił z zakupów i bez słowa podał mi kopertę. W środku były papiery rozwodowe.

– Myślę, że to już czas – powiedział cicho. – Nie chcę się kłócić. Po prostu… nie czuję już nic.

Patrzyłam na niego z niedowierzaniem.

– Po czterdziestu latach? Tak po prostu?

– Tak po prostu – powtórzył. – Nie chcę udawać. Ty też nie jesteś szczęśliwa.

Chciałam zaprzeczyć, krzyknąć, że to nieprawda, że przecież mamy dzieci, wnuki, dom… Ale słowa ugrzęzły mi w gardle. Bo wiedziałam, że ma rację. Od lat żyliśmy obok siebie, a nie ze sobą. Każde z nas miało swoje życie: on ogródek i telewizor, ja książki i spotkania z koleżankami. Dzieci dorosły i wyprowadziły się dawno temu. Zostaliśmy sami ze swoimi przyzwyczajeniami i żalem do siebie nawzajem.

Przez kolejne tygodnie wszystko działo się jakby poza mną: rozmowy z adwokatem, podział majątku, ustalanie kto zostanie w domu (ja), kto zabierze samochód (on). Dzieci były w szoku.

– Mamo, przecież wy zawsze byliście razem! – płakała Agata przez telefon.

– To niemożliwe! – dodał Tomek. – Przecież tata cię kocha!

Nie miałam siły tłumaczyć im, że miłość czasem się kończy. Że można być razem przez całe życie i nagle poczuć pustkę tak wielką, że nie da się jej już niczym wypełnić.

Najgorsze były wieczory. Siadałam w kuchni z kubkiem herbaty i patrzyłam na zdjęcia z dawnych lat: ślubne fotografie, urodziny dzieci, wakacje nad morzem… Zastanawiałam się, gdzie popełniliśmy błąd. Czy można było coś uratować? Czy gdybym częściej rozmawiała z Janem o swoich uczuciach, byłoby inaczej?

Pewnego dnia przyszła do mnie sąsiadka, pani Zosia.

– Haniu, słyszałam… – zaczęła niepewnie.

– Tak, rozwodzimy się – przerwałam jej szybko.

Usiadła naprzeciwko mnie i przez chwilę milczałyśmy razem.

– Wiesz… Ja też kiedyś myślałam o rozwodzie – powiedziała cicho. – Ale zabrakło mi odwagi. Teraz żałuję.

Spojrzałam na nią zaskoczona.

– Naprawdę?

– Tak. Lepiej być samemu niż samotnym we dwoje.

Te słowa długo dźwięczały mi w głowie. Może rzeczywiście lepiej zacząć od nowa? Może jeszcze coś mnie czeka?

Dzieci próbowały nas pogodzić. Zapraszały na wspólne obiady, dzwoniły codziennie. Ale ja już wiedziałam: nie da się wrócić do tego, co było. Zbyt wiele lat milczenia i niedopowiedzeń oddzieliło nas od siebie.

W dniu rozprawy sądowej Jan spojrzał na mnie po raz pierwszy od dawna naprawdę uważnie.

– Przepraszam – powiedział tylko.

– Ja też przepraszam – odpowiedziałam.

Wyszłam z sądu z poczuciem ulgi i smutku jednocześnie. Wiedziałam, że zaczynam nowe życie – choć nie mam pojęcia jakie ono będzie.

Czasem pytam siebie: czy można jeszcze być szczęśliwym po sześćdziesiątce? Czy samotność jest lepsza niż życie w pustym małżeństwie? A może wszystko zależy od odwagi powiedzenia sobie prawdy…