Z popiołów: Historia Magdy, która musiała zacząć od nowa

— Magda, wyjdź stąd. Nie chcę cię już widzieć. — Głos Pawła odbijał się echem od ścian naszej kuchni, tej samej, w której jeszcze wczoraj razem piliśmy herbatę i rozmawialiśmy o przyszłości. Stałam z walizką w ręku, a łzy spływały mi po policzkach. W głowie dudniło mi jedno zdanie: „Nie mogę mieć dzieci. To wszystko moja wina.”

Nie pamiętam, jak wyszłam z mieszkania. Nie pamiętam nawet, jak znalazłam się na przystanku autobusowym w środku nocy, z jedną torbą i pustką w sercu. W mojej rodzinnej wsi na Podkarpaciu nie czekało na mnie nic poza starym domem po babci i wspomnieniami dzieciństwa, które wydawało się teraz tak odległe i nierealne.

Kiedy weszłam do domu, poczułam zapach kurzu i wilgoci. Przez chwilę miałam ochotę po prostu się położyć i już nigdy nie wstać. Ale wiedziałam, że muszę żyć dalej. Muszę jakoś przetrwać.

Pierwsze dni były najgorsze. Sąsiedzi patrzyli na mnie z ukosa, szeptali za moimi plecami. „To ta Magda, co mąż ją zostawił, bo nie mogła mu dać dziecka.” Czułam się jak trędowata. Nawet moja matka, która mieszkała kilka domów dalej, nie przyszła mnie odwiedzić przez pierwszy tydzień. W końcu przyszła — nie po to, by mnie przytulić czy pocieszyć, ale żeby powiedzieć:

— Magda, ludzie gadają. Może lepiej by było, gdybyś wyjechała do miasta? Tutaj tylko sobie życie zmarnujesz.

Zacisnęłam zęby. Nie chciałam uciekać. Chciałam udowodnić wszystkim — a przede wszystkim sobie — że potrafię zacząć od nowa.

Zaczęłam szukać pracy. W małej wsi nie było łatwo. Zgłosiłam się do sklepu spożywczego prowadzonego przez panią Halinę. Przyjęła mnie niechętnie, ale chyba żal jej było patrzeć na moją rozpacz.

— Będziesz układać towar na półkach i sprzątać po zamknięciu — powiedziała sucho.

Praca była ciężka i monotonna, ale dawała mi poczucie celu. Każdego ranka zmuszałam się do wstania z łóżka i wyjścia między ludzi, choć ich spojrzenia bolały bardziej niż fizyczne zmęczenie.

Wieczorami siadałam na ganku domu babci i patrzyłam na zachodzące słońce. Czasem płakałam bezgłośnie, czasem krzyczałam do pustego nieba: „Dlaczego ja?!”

Najtrudniejsze były spotkania z Pawłem. Raz przyjechał do wsi odwiedzić swoich rodziców. Spotkałam go przypadkiem na rynku. Przeszedł obok mnie jak obcy człowiek. Poczułam wtedy, jakby ktoś wyrwał mi serce z piersi.

Z czasem zaczęłam dostrzegać drobne oznaki życzliwości ze strony kilku osób. Pani Halina zaczęła częściej ze mną rozmawiać podczas przerw w pracy.

— Wiesz, Magda… Życie różnie się układa. Nie każdemu pisane jest to samo — powiedziała pewnego dnia, nalewając mi herbaty.

Te słowa były jak balsam na moją duszę. Zaczęłam powoli odbudowywać siebie. Zapisałam się na kurs komputerowy w pobliskim miasteczku. Poznałam tam kilka kobiet w podobnej sytuacji — rozwiedzione, samotne matki, wdowy. Zrozumiałam wtedy, że nie jestem sama.

Pewnego dnia do sklepu przyszła młoda dziewczyna z dzieckiem na ręku. Była nowa we wsi, szukała pracy i mieszkania.

— Proszę pani… Czy może mi pani pomóc? — zapytała cicho.

Spojrzałam na nią i zobaczyłam w jej oczach ten sam strach i rozpacz, które jeszcze niedawno czułam sama. Postanowiłam jej pomóc — znalazłyśmy dla niej pokój u starszej sąsiadki, a pani Halina zgodziła się przyjąć ją do pracy na pół etatu.

Z czasem zaczęłyśmy się zaprzyjaźniać. Marta — bo tak miała na imię — stała się dla mnie kimś bliskim. Razem gotowałyśmy obiady, rozmawiałyśmy o życiu i marzeniach. Dzięki niej poczułam, że moje życie znów nabiera sensu.

Po roku od rozstania z Pawłem spotkałam go ponownie — tym razem przypadkiem w autobusie do Rzeszowa. Siedział naprzeciwko mnie, wyglądał na zmęczonego i starszego niż kiedyś.

— Magda… — zaczął niepewnie.

— Paweł — odpowiedziałam chłodno.

Przez chwilę milczeliśmy. W końcu odezwał się:

— Przepraszam za wszystko. Byłem głupi…

Nie odpowiedziałam od razu. Wtedy zrozumiałam, że już go nie kocham. Że jestem wolna.

Wysiadłam na swoim przystanku i poczułam ulgę. Po raz pierwszy od dawna poczułam się lekka jak piórko.

Dziś mija dwa lata od tamtej nocy, kiedy zostałam wyrzucona z domu. Mam pracę, przyjaciółkę i własny kąt. Czasem jeszcze boli mnie serce na myśl o tym, co straciłam — ale wiem już, że życie to coś więcej niż spełnianie cudzych oczekiwań.

Czy można narodzić się na nowo z własnych popiołów? Myślę, że tak… Ale czy to wystarczy, by naprawdę być szczęśliwym? Czy samotność to zawsze porażka — czy może czasem jest początkiem czegoś lepszego? Może to pytanie warto zostawić otwarte…