„Przywieź wnuki, ale nie zapomnij portfela” – rodzinny sekret w ogrodzie moich rodziców
– Małgosiu, przywieź dzieciaki w sobotę. I… nie zapomnij portfela – usłyszałam w słuchawce głos mamy, który zabrzmiał ostrzej niż zwykle. Przez chwilę nie wiedziałam, czy mam się śmiać, czy płakać. W tle słyszałam szuranie taczki i cichy kaszel taty. Ogród moich rodziców zawsze był miejscem spotkań, ale od jakiegoś czasu czułam, że coś się zmieniło.
W sobotę rano pakowałam do samochodu Zosię i Antka, próbując nie myśleć o tej dziwnej prośbie mamy. Portfel? Przecież zawsze coś przywoziłam – ciasto, owoce, czasem nawet nowe rękawiczki ogrodowe dla taty. Ale tym razem miałam wrażenie, że chodzi o coś więcej.
– Mamo, dlaczego babcia jest taka spięta? – zapytała Zosia, patrząc na mnie spod grzywki.
– Może jest zmęczona – odpowiedziałam wymijająco, choć sama nie byłam pewna.
Kiedy weszliśmy do ogrodu, mama stała przy grządkach z pietruszką, a tata siedział na ławce pod jabłonią. Oboje wyglądali na starszych niż jeszcze miesiąc temu. Ogród zarósł chwastami, a ich ruchy były powolne i niepewne.
– Dzień dobry! – krzyknęły dzieci i pobiegły do dziadka.
– Cześć, kochanie – powiedziała mama do mnie cicho. – Musimy porozmawiać.
Usiedliśmy przy starym stole pod wiśnią. Mama wyjęła z torebki kopertę i położyła ją przede mną.
– To rachunki za wodę i prąd. Ogród kosztuje coraz więcej. My już nie dajemy rady… Może mogłabyś nam trochę pomóc?
Poczułam, jak narasta we mnie złość i bezradność. Przecież sama ledwo wiązałam koniec z końcem po rozwodzie z Piotrem. Praca w szkole nie dawała kokosów, a dzieci rosły jak na drożdżach.
– Mamo, ja naprawdę chciałabym wam pomóc, ale sama mam problemy…
– Ale przecież masz samochód! – wtrącił się tata z ławki. – Kiedyś ludzie nie mieli takich luksusów.
Zacisnęłam pięści pod stołem. Zawsze to samo – moje życie oceniane przez pryzmat tego, co mam lub czego mi brakuje. Nikt nie pytał, jak się czuję.
Dzieci biegały po ogrodzie, śmiejąc się i zrywając niedojrzałe porzeczki. Patrzyłam na nie i czułam narastający żal – do rodziców za ich oczekiwania, do siebie za własną bezradność.
Wieczorem mama usiadła obok mnie na ławce.
– Wiesz… boję się starości – powiedziała nagle. – Boję się, że zostaniemy tu sami z ojcem i wszystko przepadnie.
Spojrzałam na nią inaczej niż zwykle. Zobaczyłam w niej nie tylko matkę, ale też kobietę zmęczoną życiem i samotnością.
– Mamo… ja też się boję. Boję się, że nigdy nie będziemy potrafili ze sobą rozmawiać bez wyrzutów.
Milczałyśmy długo. W powietrzu unosił się zapach mięty i starego drewna. Nagle usłyszałyśmy trzask gałęzi – Antek spadł z jabłoni i rozciął kolano.
– No pięknie! – krzyknął tata. – Zawsze tylko kłopoty!
Zanim zdążyłam odpowiedzieć, mama już biegła po apteczkę. W jej ruchach była troska, której tak bardzo mi brakowało w naszych rozmowach.
Wieczorem dzieci zasnęły w pokoju po moim bracie Tomku, który od lat mieszkał w Anglii i rzadko dzwonił. Siedziałam w kuchni z rodzicami i próbowałam zacząć rozmowę o tym, co naprawdę nas boli.
– Może sprzedamy ten ogród? – zaproponowałam cicho.
– Nigdy! – wykrzyknął tata. – To jedyne, co nam zostało!
– Ale kto będzie tu pracował? Ja nie dam rady sama… Tomek ma własne życie…
Mama spuściła wzrok.
– Tomek przysłał pieniądze na remont dachu… Ale nie zadzwonił nawet na moje urodziny – wyszeptała.
Wtedy zrozumiałam: tu nie chodzi tylko o pieniądze czy ogród. Chodzi o poczucie bycia potrzebnym, o strach przed samotnością i o żale, które narastały przez lata milczenia.
Następnego dnia rano obudził mnie płacz mamy. Siedziała na werandzie z listem od Tomka.
– Pisze, że nie przyjedzie na święta… Że ma nową pracę i dziewczynę…
Przytuliłam ją mocno.
– Mamo, jesteśmy tu razem. Może nie zawsze tak, jakbyś chciała… ale jesteśmy.
Tego lata ogród zarósł jeszcze bardziej. Ale po raz pierwszy od lat zaczęliśmy mówić sobie prawdę: o zmęczeniu, o lękach, o tym, jak bardzo siebie nawzajem potrzebujemy.
Czasem myślę: czy naprawdę można być szczerym z rodziną? Czy lepiej udawać, żeby nikogo nie zranić? A może właśnie te niewypowiedziane słowa najbardziej nas oddalają?