Między ciszą a krzykiem: Jak odnalazłam siłę w wierze, gdy rodzina się rozpadała

– Nie będziesz mi mówić, jak mam żyć! – krzyknął tata, trzaskając drzwiami tak mocno, że aż zadrżały szyby w oknach. Stałam w kuchni, ściskając w dłoni kubek z herbatą, który nagle wydał mi się absurdalnie ciężki. Mama patrzyła na mnie bezradnie, jej oczy były czerwone od płaczu. Przez chwilę miałam ochotę rzucić tym kubkiem o ścianę, żeby coś się wreszcie zmieniło, żeby ten dom przestał być miejscem, gdzie cisza jest głośniejsza niż krzyk.

Miałam wtedy siedemnaście lat i czułam się jak widz we własnym życiu. Tata coraz częściej wracał późno do domu, a kiedy już był, to tylko po to, by się kłócić. Mama próbowała udawać, że wszystko jest w porządku – gotowała jego ulubione dania, prasowała koszule na idealny kant, ale on nawet nie patrzył jej w oczy. Ja z kolei coraz częściej zamykałam się w swoim pokoju i słuchałam muzyki tak głośno, że nie słyszałam ich kłótni. Ale przecież wiedziałam. Wiedziałam o wszystkim.

Pewnego wieczoru usłyszałam cichy szloch mamy. Weszłam do jej pokoju bez pukania. Siedziała na łóżku z telefonem w dłoni i łzami spływającymi po policzkach.

– Mamo… co się dzieje? – zapytałam szeptem.

Spojrzała na mnie i przez chwilę wydawało mi się, że zaraz powie coś ważnego. Ale tylko pokręciła głową.

– To nic, kochanie. Idź spać.

Nie poszłam. Usiadłam obok niej i objęłam ją ramieniem. Wtedy powiedziała mi prawdę – tata miał romans. Z sąsiadką z drugiego piętra, panią Jolą, która zawsze uśmiechała się do mnie na klatce schodowej.

Poczułam się tak, jakby ktoś wyciągnął mi dywan spod nóg. Przez kilka dni chodziłam jak w transie. W szkole nie mogłam się skupić, a koleżanki pytały tylko: „Co się stało?”. Nie umiałam odpowiedzieć. W domu było jeszcze gorzej – tata przestał się odzywać do mamy, a mama zamknęła się w sobie.

Pewnej nocy nie wytrzymałam. Wyszłam z domu i poszłam do kościoła. Była druga w nocy, drzwi były zamknięte, ale usiadłam na schodach i zaczęłam płakać. Nie wiem ile czasu tam spędziłam. W końcu podszedł do mnie ksiądz Marek – znał mnie od dziecka.

– Co ty tu robisz o tej porze? – zapytał łagodnie.

Nie odpowiedziałam od razu. W końcu wykrztusiłam:

– Wszystko się sypie… Tata zdradza mamę… Ja już nie wiem, co robić.

Ksiądz usiadł obok mnie i przez chwilę milczeliśmy razem.

– Wiesz, czasem Bóg dopuszcza trudne rzeczy w naszym życiu nie po to, żeby nas złamać, ale żebyśmy mogli odnaleźć prawdziwą siłę – powiedział cicho.

Te słowa utkwiły mi w głowie na długo. Następnego dnia postanowiłam spróbować modlitwy – nie tej wyuczonej na pamięć, ale szczerej rozmowy z Bogiem. Zamknęłam drzwi do pokoju i po prostu zaczęłam mówić: o bólu, o strachu, o tym, że nie wiem jak dalej żyć.

Z czasem zaczęło mi być lżej. Zaczęłam chodzić na spotkania młodzieżowe przy parafii. Tam poznałam ludzi, którzy też mieli swoje problemy – rozwody rodziców, uzależnienia w rodzinie, przemoc… Ale oni potrafili się uśmiechać mimo wszystko. Zaczęłam wierzyć, że może i ja dam radę.

W domu sytuacja była coraz bardziej napięta. Tata wyprowadził się do Jolanty. Mama zamknęła się w sobie jeszcze bardziej – przestała wychodzić z domu, nie odbierała telefonów od przyjaciółek. Ja musiałam przejąć większość obowiązków domowych: zakupy, gotowanie, opiekę nad młodszym bratem Kubą.

Kuba miał wtedy dziesięć lat i nie rozumiał wszystkiego. Pewnego dnia zapytał:

– Ola, czy tata już nas nie kocha?

Nie wiedziałam co odpowiedzieć. Przytuliłam go mocno i powiedziałam:

– Tata ma teraz trudny czas… Ale my zawsze będziemy razem.

W środku jednak czułam pustkę i gniew. Modliłam się coraz częściej – czasem ze łzami w oczach prosiłam Boga o siłę i cierpliwość.

Któregoś dnia mama dostała list od taty – chciał rozwodu. Zobaczyłam ją siedzącą przy stole z tym listem w ręku i pustym wzrokiem wbitym w ścianę.

– Mamo…

– On już nie wróci – wyszeptała.

Wtedy pierwszy raz zobaczyłam ją taką słabą. Usiadłyśmy razem przy stole i płakałyśmy obie.

Przez kolejne tygodnie próbowałyśmy jakoś żyć dalej. Mama zaczęła chodzić do psychologa parafialnego – namówił ją ksiądz Marek. Ja coraz bardziej angażowałam się we wspólnotę młodzieżową; pomagałam organizować spotkania dla dzieci z trudnych rodzin, prowadziłam warsztaty plastyczne.

Pewnego dnia tata zadzwonił do mnie:

– Ola… możemy się spotkać?

Nie chciałam go widzieć. Ale poszłam – dla siebie, dla Kuby.

Spotkaliśmy się w parku niedaleko domu.

– Przepraszam cię za wszystko – powiedział od razu. – Wiem, że zawiodłem ciebie i mamę…

Patrzyłam na niego długo w milczeniu.

– Dlaczego? – zapytałam tylko.

Westchnął ciężko.

– Sam nie wiem… Byłem słaby… Myślałem tylko o sobie…

Nie potrafiłam mu wybaczyć od razu. Ale dzięki modlitwie i rozmowom z księdzem Markiem zaczęłam rozumieć, że przebaczenie to nie jest prezent dla niego – to dar dla mnie samej. Żeby móc żyć dalej bez gniewu i żalu.

Minęły miesiące. Mama powoli wracała do siebie – zaczęła pracować jako wolontariuszka w Caritasie. Kuba znalazł przyjaciół na boisku szkolnym. Ja zdałam maturę lepiej niż się spodziewałam i dostałam się na wymarzoną psychologię na Uniwersytecie Warszawskim.

Tata czasem dzwonił lub pisał smsy – nie wrócił do nas, ale próbował być obecny w naszym życiu na swój sposób.

Dziś wiem jedno: gdyby nie wiara i modlitwa, nie przetrwałabym tego wszystkiego. Bóg był ze mną nawet wtedy, gdy myślałam, że jestem zupełnie sama.

Czasem zastanawiam się: ile jeszcze rodzin przechodzi przez podobne piekło? Czy potrafimy sobie nawzajem wybaczać? Może właśnie wtedy najbardziej potrzebujemy Boga – kiedy wydaje nam się, że już Go nie ma.