Jesteś potworem, mamo! – Historia Ani z prowincji do Warszawy i z powrotem do siebie

– Jesteś potworem, mamo! – wrzasnęłam, trzaskając drzwiami mojego pokoju. Głos odbił się echem po korytarzu, a potem zapadła cisza, gęsta jak śmietana. Miałam wtedy siedemnaście lat i byłam przekonana, że nikt mnie nie rozumie. Mama stała po drugiej stronie drzwi, jej cień przesuwał się po szczelinie światła. Słyszałam jej cichy płacz, ale nie potrafiłam już współczuć. Wtedy postanowiłam: wyjadę z tej dziury, z tego miasteczka pod Radomiem, gdzie wszyscy wiedzą wszystko o wszystkich.

Nie było mnie stać na wielkie marzenia, ale miałam plan. Warszawa – miasto świateł, szans i ludzi, którzy nie patrzą na ciebie przez pryzmat twojego nazwiska. Spakowałam walizkę w nocy, zostawiając na biurku kartkę: „Muszę spróbować żyć po swojemu. Ania”. Tata rano znalazł list i zadzwonił do mnie chyba z pięćdziesiąt razy. Nie odebrałam ani razu.

Pierwsze dni w Warszawie były jak sen – szybkie kroki na dworcu Zachodnim, zapach kebaba i spalin, tłum ludzi, w którym mogłam się zgubić. Wynajęłam pokój na Pradze z dwiema dziewczynami: Magdą i Pauliną. Magda studiowała psychologię i wiecznie powtarzała: „Wszystko siedzi w głowie”. Paulina była z Poznania i miała chłopaka w Anglii, więc wieczorami płakała w poduszkę. Ja byłam tą trzecią – cichą, z prowincji, która nie wiedziała jeszcze, kim chce być.

Pracowałam w kawiarni na Nowym Świecie. Klienci byli różni – od zmęczonych studentów po biznesmenów w garniturach. Tam poznałam Michała. Przyszedł raz po espresso, potem drugi raz po latte. Zostawił napiwek i uśmiech. Był starszy ode mnie o siedem lat, miał własną firmę IT i mówił rzeczy, których nie rozumiałam: o inwestycjach, startupach, rynku pracy. Ale patrzył na mnie tak, jakby widział we mnie coś więcej niż dziewczynę z małego miasta.

– Chciałabyś kiedyś zobaczyć świat? – zapytał pewnego wieczoru.
– Świat? Ja ledwo widziałam Warszawę nocą – zaśmiałam się nerwowo.
– To może zaczniemy od niej? – uśmiechnął się i podał mi rękę.

Zaczęliśmy się spotykać. Michał zabierał mnie do restauracji, których nazw nie umiałam wymówić. Kupował mi książki i mówił: „Musisz czytać, żeby być kimś”. Czułam się przy nim jak ktoś ważny. Ale im bardziej próbowałam dorównać jego światu, tym bardziej czułam się obca. Wstydziłam się swojego akcentu, ubrań z second-handu i tego, że nie wiem, czym jest networking.

Pewnego dnia zadzwoniła mama.
– Aniu… tęsknię za tobą. Tata jest chory…
Zamarłam. Nie chciałam wracać do tamtego domu, do krzyków i płaczu. Ale głos mamy był inny – cichy, złamany.
– Nie mogę teraz… mam pracę… – wydukałam.
– Rozumiem – odpowiedziała tylko i rozłączyła się.

Michał coraz częściej znikał na całe noce. Tłumaczył się pracą, spotkaniami biznesowymi. Zaczęłam podejrzewać, że coś jest nie tak. Pewnego wieczoru zobaczyłam go w centrum handlowym z inną kobietą – wysoką brunetką w czerwonej sukience. Śmiali się razem, trzymali za ręce. Poczułam, jakby ktoś wyciągnął mi serce przez gardło.

Wróciłam do mieszkania i rzuciłam się na łóżko.
– Co się stało? – zapytała Magda.
– On mnie zdradza…
Magda przytuliła mnie bez słowa. Paulina przyniosła lody i butelkę taniego wina.
– Faceci to świnie – mruknęła.

Przez kolejne dni chodziłam jak cień. W pracy popełniałam błędy, klienci narzekali na zimną kawę. Michał przestał dzwonić. Czułam się nikim – dziewczyną z prowincji, która myślała, że może być kimś innym.

Pewnej nocy obudził mnie krzyk Pauliny:
– Ania! Telefon! To twoja mama!
Odebrałam drżącymi rękami.
– Tata jest w szpitalu…
Nie pamiętam nawet, jak spakowałam walizkę. Pociąg do Radomia jechał wieczorem – siedziałam przy oknie i patrzyłam na ciemność za szybą. W głowie słyszałam tylko jedno zdanie: „Jesteś potworem, mamo!”.

W domu było cicho. Mama siedziała przy stole z kubkiem herbaty.
– Przepraszam… – wyszeptała.
Nie wiedziałam za co – za to, że była surowa? Że nie umiała okazywać miłości? Czy za to, że ja uciekłam?

Tata leżał w szpitalu pod kroplówką. Patrzył na mnie zmęczonym wzrokiem.
– Dobrze, że jesteś – powiedział tylko.
Usiadłam przy nim i trzymałam go za rękę przez całą noc.

Zostałam w domu kilka tygodni. Pomagałam mamie w kuchni, chodziłam na zakupy do tego samego sklepu co kiedyś. Ludzie patrzyli na mnie ukradkiem – „ta Ania z Warszawy”. Czułam się obco we własnym mieście.

Pewnego wieczoru mama usiadła obok mnie na łóżku.
– Wiesz… ja też kiedyś chciałam uciec stąd – powiedziała cicho.
Spojrzałam na nią zdziwiona.
– Ale bałam się…
– Czego?
– Że nie dam sobie rady. Że zostanę sama…
Poczułam nagle całą jej samotność – tę samą, którą ja czułam w Warszawie.

Tata powoli dochodził do siebie. Zaczęliśmy rozmawiać o wszystkim – o mojej pracy w kawiarni, o Michału (nie powiedziałam im prawdy), o tym, jak trudno jest być dorosłym.

Któregoś dnia poszłam na spacer po starych uliczkach miasta. Zatrzymałam się przed swoim dawnym liceum. Przypomniały mi się wszystkie kłótnie z mamą – o oceny, o chłopaków, o marzenia. Zrozumiałam wtedy coś ważnego: uciekając od niej, uciekałam też od siebie.

Po kilku miesiącach wróciłam do Warszawy – już nie jako ta sama Ania. Wynajęłam małe mieszkanie na Ochocie i zaczęłam studia zaoczne z pedagogiki. Pracowałam dalej w kawiarni, ale już nie czekałam na księcia z bajki ani cudowne życie w wielkim mieście. Zaczęłam pisać pamiętnik – o sobie, o mamie, o tym krzyku sprzed lat.

Czasem dzwonię do mamy wieczorem i słyszę jej głos:
– Wszystko dobrze?
– Tak… już dobrze.

Czasem budzę się jeszcze z tym krzykiem w uszach: „Jesteś potworem!”. Ale wiem już jedno: każdy z nas nosi swoje demony i każdy czasem rani tych, których kocha najbardziej.

Czy można naprawdę uciec od siebie? Czy można wybaczyć sobie słowa wypowiedziane w gniewie? A może najważniejsze to nauczyć się żyć ze swoim cieniem?