Nauczyłem się zaplatać jej włosy, kiedy przestała wierzyć, że warto jeszcze wstać
– Nie dotykaj mnie.
To było pierwsze zdanie, jakie Ola powiedziała do mnie po powrocie ze szpitala. Stała? Nie. Leżała na specjalnym łóżku, które ledwo zmieściliśmy między komodą a oknem w naszym dwupokojowym mieszkaniu w bloku na trzecim piętrze bez windy. Pachniało jeszcze farbą, bo dwa dni wcześniej na szybko przemalowałem mały pokój, jakby kolor ścian miał cokolwiek naprawić.
– Muszę cię posadzić, żebyś wzięła leki – powiedziałem cicho.
– Powiedziałam: nie dotykaj mnie.
Patrzyła gdzieś obok mnie. Jakbym to ja był obcy.
Wypadek był w listopadzie. Wracaliśmy z Ikei, kłócąc się o głupi stolik do salonu. Ja prowadziłem. Padał deszcz ze śniegiem, było ślisko, ale oczywiście uznałem, że dam radę wyprzedzić tira przed zjazdem. Nie dałem. Do dziś budzę się czasem o 3:40, bo mniej więcej o tej godzinie nas obróciło. Pisk, szkło, potem ta straszna cisza, kiedy człowiek jeszcze nie wie, że właśnie rozwalił sobie życie.
Ja wyszedłem z połamanym obojczykiem. Ola – uszkodzony rdzeń, paraliż od pasa w dół.
Na oddziale rehabilitacji wszyscy powtarzali, że trzeba walczyć, że medycyna idzie do przodu, że najważniejsza jest głowa. Łatwo mówić. Kiedy przywiozłem ją do domu, przestała jeść, prawie się nie odzywała, godzinami patrzyła w sufit. Jak przychodziła pielęgniarka środowiskowa, Ola zakładała maskę. Dziękuję, proszę, jakoś leci. A potem, jak tylko drzwi się zamykały, wbijała wzrok we mnie i mówiła:
– Gdybyś wtedy nie przycisnął, chodziłabym.
I miała rację. Najgorsze jest to, że miała.
Rzuciłem nadgodziny, potem przeszedłem na zdalne, a w końcu dogadałem się z szefem na pół etatu. Mniej pieniędzy, więcej stresu. Rata kredytu nie zmalała od moich wyrzutów sumienia. Trzeba było kupić wózek, materac przeciwodleżynowy, uchwyty do łazienki. Do przychodni latanie, do NFZ papiery, do PCPR wniosek o dofinansowanie, potem brak jednego podpisu, potem pani na urlopie. Polska w pigułce. Człowiek ledwo zipie, a urząd każe mu jeszcze stać na baczność.
Najgorsza była łazienka. Za wąska. Żeby ją umyć, kombinowałem jak idiota z miską, ręcznikami i krzesłem prysznicowym pożyczonym od sąsiadki. Pierwszy raz, kiedy myłem jej włosy, trzęsły mi się ręce bardziej niż po wypadku.
– Zostaw, sama to zrobię – syknęła.
– Ola…
– Czym? Niewładnymi nogami? Czy może tym, że nie mogę się sama przekręcić?
Potem rozpłakała się tak nagle, jakby coś w niej pękło. A ja stałem z jej szamponem w ręku i nie wiedziałem, czy ją przytulić, czy cofnąć się pod ścianę.
Nauczyłem się czesać ją z filmików w internecie. Serio. Jak rozczesywać od końcówek, jak nie szarpać, jak zrobić luźny warkocz, żeby nie bolała skóra głowy. Kiedyś robiłem to komicznie, krzywo, włosy mi uciekały między palcami. Klnąłem pod nosem, a ona przewracała oczami.
– Wyglądam jak pięciolatka przed akademią.
– Trudno. Jutro zrobię lepiej.
I robiłem.
Najbardziej bolało mnie nie to, że byłem zmęczony. Bolało mnie, jak ludzie zaczęli gadać. Ciotka Bożena przy świątecznym barszczu, myśląc, że Ola śpi, szepnęła do mojej matki:
– Chłop ma 35 lat. Całe życie przed nim. Ile tak pociągnie?
Mój brat był bardziej bezpośredni.
– Stary, nie bądź męczennikiem. Pomagaj, jasne, ale nie zakopuj się z nią żywcem.
Z nią. Nie z Olą. Nie z moją żoną. Z nią.
Najgorsze, że czasem ich słowa wchodziły mi do głowy. Jak po trzeciej nieprzespanej nocy zmieniałem jej pościel, bo cewnik przeciekł. Jak liczyłem, czy starczy do pierwszego. Jak odwoływałem kolejny wypad ze znajomymi, bo nie miał kto z nią zostać. Czasem szedłem do kuchni, opierałem się o blat i myślałem tylko: ja już nie mam siły.
A potem wracałem do pokoju i widziałem, że ona specjalnie udaje, że śpi, żeby mnie o nic nie prosić.
Pękliśmy oboje pewnego wieczoru. Chciałem ją przesadzić na wózek, źle zablokowałem koło i prawie spadła. Złapałem ją w ostatniej chwili.
– Zabij mnie od razu, będzie prościej! – wrzasnęła.
– Nie mów tak! – wydarłem się.
– A jak mam mówić? Że jest super? Że marzyłam o tym, żebyś podcierał mi tyłek?
– Myślisz, że ja tego chciałem?!
Cisza po tym była potworna. Taka, że słyszałem sąsiada piętro wyżej, jak odkurza.
Ola odwróciła głowę do ściany i powiedziała już cicho:
– Wiem, że cię zniszczyłam.
I wtedy pierwszy raz od wypadku powiedziałem prawdę, nie tę grzeczną, dzielną, instagramową.
– Nie ty. Ja. To ja prowadziłem. I ja od miesięcy udaję bohatera, bo łatwiej mi zrobić ci herbatę, umyć ci włosy i załatwiać papiery, niż przyznać, że się boję wejść do samochodu i że mam do siebie taki wstręt, że czasem nie mogę patrzeć w lustro.
Nie odpowiedziała od razu. Po prostu zaczęła płakać. Ja też. Siedzieliśmy tak obok tego głupiego wózka jak dwoje ludzi po przejściu huraganu.
Od tamtej rozmowy nie zrobił się cud. Dalej są kolejki do lekarzy, rehabilitacja kosztuje majątek, a mieszkanie nadal jest za ciasne. Dalej czasem się kłócimy o byle co. Ona potrafi mnie odepchnąć słowem, ja potrafię się obrazić jak dzieciak i trzaskać szafkami. Bywa, że mam dosyć, a ona ma dosyć siebie jeszcze bardziej.
Ale tydzień temu sama poprosiła:
– Zapleciesz mi tego warkocza? Tylko nie za ciasno.
A potem dodała, nie patrząc na mnie:
– Może pojedziemy jutro na ten balkon na kawę. Jak będzie słońce.
To był drobiazg. Głupi balkon w bloku i kawa z kubka termicznego. A ja prawie się popłakałem, bo po raz pierwszy od miesięcy usłyszałem w jej głosie coś więcej niż ból. Jakby gdzieś pod tym wszystkim jeszcze była ona. Moja Ola.
Nie wiem, czy robię dobrze, czy tylko spłacam winę i nazywam to miłością. I szczerze? Sam już czasem nie wiem, gdzie kończy się obowiązek, a zaczyna strach, że jeśli odpuszczę, to już jej nie odzyskam.
Powiedzcie mi, czy da się odbudować związek po czymś takim, kiedy jedno ciało przestaje działać, a drugie ledwo daje radę dźwigać wszystko? I czy miłość naprawdę wystarcza, jeśli codzienność aż tak człowieka miele?