„Jak możesz teraz odejść?” – usłyszałam to od własnej matki i do dziś nie wiem, czy postawiłam granicę, czy po prostu ją zostawiłam
„Czyli co, teraz mam sobie sama radzić? Po tym wszystkim?” – to było pierwsze, co usłyszałam, kiedy powiedziałam matce, że od przyszłego miesiąca wynajmuję pokój i nie będę już mieszkać z nią w naszym mieszkaniu po babci.
Powiedziałam tylko: „Nie wytrzymuję już. Naprawdę. Ja tu nie odpoczywam, tylko cały czas czuwam”.
A ona od razu: „Przesadzasz. Przecież nie leżę sparaliżowana. Chodzi tylko o to, żeby ktoś był”.
I właśnie to „żeby ktoś był” mnie dobiło, bo przez ostatnie trzy lata tym kimś byłam ja.
Mam 34 lata, pracuję w biurze rachunkowym, częściowo zdalnie. Po śmierci babci zostałam z matką w mieszkaniu spółdzielczym. Na początku to miało być na chwilę, bo matka gorzej zniosła śmierć babci, zaczęły się lęki, problemy ze snem, latanie po lekarzach. Raz SOR, raz nocna i świąteczna opieka, raz przychodnia, bo serce, bo ciśnienie, bo „dziwnie jej słabo”. Czasem faktycznie coś było, a czasem kończyło się na tym, że lekarz mówił, żeby skonsultować też psychiatrycznie, bo stres robi swoje.
Tylko u nas w domu samo słowo „psychiatra” działa jak obraza. Matka powtarzała: „Ja nie jestem wariatką, tylko jestem sama”. Więc zostałam. Najpierw z poczucia, że tak trzeba. Potem już trochę z przyzwyczajenia. A jeszcze później dlatego, że wszyscy uznali, że skoro jestem na miejscu i „mam najbliżej”, to wiadomo, że to ja.
Mam też starszego brata, ale on mieszka pod Poznaniem, ma rodzinę i wpada raz na miesiąc albo rzadziej. Jak przyjeżdżał, to mówił: „Musisz też pomyśleć o sobie”. Tylko mówił to, siedząc przy kawie, a potem wracał do siebie. Jak prosiłam, żeby chociaż na tydzień zabrał matkę do siebie albo przyjechał na dłużej, to odpowiadał: „Wiesz, że u nas dzieci, szkoła, robota, nie mam jak”. I ja wiem, że nie zmyślał. Ale łatwo się daje rady z daleka.
Prawda jest też taka, że sama sobie ten układ utrwaliłam. Nie stawiałam granic. Jak matka dzwoniła do mnie pięć razy dziennie z pokoju obok, to szłam. Jak mówiła: „Nie zamykaj drzwi na noc, bo jak mi się coś stanie?”, to nie zamykałam. Jak wychodziłam z koleżanką i po 40 minutach dostawałam: „Wracaj, źle się czuję”, to wracałam. Czasem naprawdę jej skakało ciśnienie, ale czasem po prostu nie chciała być sama. A ja już przestałam rozróżniać jedno od drugiego.
Najgorsze było to, że zaczęłam mieć do niej żal o rzeczy, których ona chyba nawet nie widziała. O to, że nie mogę normalnie przespać nocy. O to, że nie byłam w żadnym związku od lat, bo wstyd mi było tłumaczyć komuś, że muszę wracać do domu na 21. O to, że jak miałam gorszy dzień, to i tak musiałam być „tą stabilną”. A jednocześnie miałam poczucie, że jestem potworem, skoro mam dość własnej matki.
Przełom był miesiąc temu. Miałam ważny termin w pracy, zamknięcie miesiąca, siedziałam w laptopie od rana. Matka weszła i mówi: „Jedź ze mną do przychodni”. Pytam, co się dzieje. „Nie wiem, jakoś mi dziwnie”. Powiedziałam, że mogę zamówić jej taksówkę albo e-rejestrację ogarnąć, ale nie mogę teraz wszystkiego rzucić. I wtedy usłyszałam: „Praca jest ważniejsza od matki?”.
Puściło mi. Powiedziałam: „Nie, ale ja nie jestem twoim dyżurnym opiekunem 24 godziny na dobę”.
Matka się rozpłakała. Ja też, tylko ze złości. Potem zadzwoniła do brata. Wieczorem on zadzwonił do mnie i od razu z pretensją: „Nie mogłaś spokojniej? Ona jest w rozsypce”. Odpaliłam mu, że od trzech lat to ja jestem w rozsypce i jakoś nikogo to nie rusza. Pokłóciliśmy się tak, że dwa dni się nie odzywaliśmy.
Następnego dnia zrobiłam coś, co pewnie powinnam była zrobić dużo wcześniej. Umówiłam matkę do psychiatry na NFZ przez poradnię zdrowia psychicznego. Oczywiście awantura, że ją upokarzam. Potem do lekarza rodzinnego, żeby pogadać też o lekach nasennych i ciśnieniu. Do tego zadzwoniłam do MOPS-u zapytać, czy są jakieś usługi opiekuńcze albo wsparcie dla osób samotnych. Okazało się, że coś by się dało ruszyć, ale trzeba chcieć współpracować.
I tu wyszło coś, czego długo nie chciałam nazwać. Matka nie chce realnej pomocy od obcych. Chce konkretnie mnie. Jak powiedziałam: „Może przychodziłaby opiekunka środowiskowa dwa razy w tygodniu?”, to odpowiedziała: „Nie będę obcej wpuszczać”. Jak zaproponowałam psychologa, powiedziała: „Mam córkę, nie potrzebuję psychologa”.
To zabrzmiało niby wzruszająco, ale mnie wtedy aż ścisnęło. Bo ja nie chcę już być czyimś lekiem na wszystko.
Tylko że znowu – żeby nie było, ja też nie byłam wobec niej fair. Przez długi czas nic nie mówiłam wprost. Kisiłam w sobie pretensje, a na zewnątrz udawałam, że daję radę. Jak brat pytał, czy jest źle, to mówiłam: „Jakoś leci”, bo było mi głupio przyznać, że sobie nie radzę. Jak matka miała lepsze dni, to robiłam wszystko za nią, bo szybciej, bo spokojniej, bo bez marudzenia. Sama ją trochę oduczyłam samodzielności, a teraz mam żal, że się do tego przyzwyczaiła.
Tydzień temu podpisałam umowę najmu pokoju na drugim końcu miasta. Nie wyjeżdżam do innego województwa, nie zrywam kontaktu. Będę przyjeżdżać, pomogę w papierach, zakupach, lekarzach, ale nie codziennie i nie na każde „źle się czuję”. Jak to powiedziałam, matka patrzyła na mnie i tylko rzuciła: „Czyli już ci przeszkadzam”. A ja ze stresu powiedziałam najgorsze możliwe zdanie: „Tak się nie da żyć”. Do dziś wiem, że ona usłyszała z tego: „Z tobą się nie da żyć”.
Od tamtej rozmowy jest chłodno. Brat nagle się uaktywnił, ale głównie przez telefon. Mówi, że rozumie mnie, ale „moment jest fatalny”. Tylko u nas ten moment jest fatalny od lat i zawsze jest jakiś powód, żeby jeszcze poczekać.
Mam wyrzuty sumienia, bo matka naprawdę jest samotna i lękowa, a ja wiem, że mój ruch ją zaboli. Ale jak zostanę, to chyba ją znienawidzę, a tego już bym sobie nie wybaczyła w ogóle. Nie czuję ulgi, bardziej taki ścisk, jakbym jednocześnie ratowała siebie i kogoś porzucała.
Czy waszym zdaniem wyprowadzka i ograniczenie tej opieki to stawianie zdrowej granicy, czy jednak egoizm wobec własnej matki w takim stanie?