Zablokowałam własną matkę po tym, jak powiedziała mojej córce coś, czego nie umiem jej wybaczyć
„Jak będziesz taka jak matka, to też każdy od ciebie ucieknie” – to usłyszała moja córka przy stole u mojej matki. Miałam kubek herbaty w ręce i dosłownie mnie zamroziło. Córka spojrzała na mnie, potem w talerz, i już nic nie powiedziała do końca obiadu. A moja matka tylko wzruszyła ramionami i rzuciła: „No co, prawdę powiedziałam”.
Od tamtego dnia jej nie odwiedziłam. Zablokowałam numer, nie odbieram domofonu, nawet przez święta nie pojechałam. I właśnie o to poszła awantura, bo brat zadzwonił do mnie z pretensjami, że „starej kobiecie odbiło ze stresu, a ja robię teatr”. Tylko że dla mnie to nie był jeden tekst wyrwany z kontekstu. To był moment, w którym dotarło do mnie, że ja całe życie próbuję robić za poduszkę między moją matką a resztą świata.
Moja matka zawsze miała ostry język. W domu się mówiło: „taki charakter”, „nie bierz do siebie”, „ona już tak ma”. Jak byłam nastolatką, to słyszałam od niej, że jestem leniwa, przewrażliwiona, że beze mnie wszystkim byłoby lżej. Potem, jak zaszłam w ciążę i zostałam sama, bo ojciec dziecka się wycofał, usłyszałam: „Trzeba było lepiej wybierać”. A mimo to trzymałam kontakt. Bo pomagała czasem finansowo, bo odebrała córkę z przedszkola, bo jak zachorowałam, to przywiozła rosół. W Polsce często jest tak, że człowiek wiele zniesie, jak wie, że nie ma za bardzo na kogo liczyć.
I uczciwie powiem: ja też nie byłam w tej relacji bez winy. Potrzebowałam jej pomocy i przez to zamiatałam różne rzeczy pod dywan. Czasem zostawiałam córkę u niej, choć wiedziałam, że po powrocie mała jest cicha i spięta. Jak pytałam, co było, mówiła: „Babcia się zdenerwowała”. A ja wmawiałam sobie, że przesadzam, że starsze pokolenie inaczej mówi, że nie będę robiła afery o każde niemiłe zdanie.
Dopiero po tamtym obiedzie córka wieczorem się rozpłakała. Powiedziała mi: „Babcia mówi, że ty wszystkich odpychasz, dlatego jestem tylko z tobą i muszę uważać, żebyś też mnie nie odrzuciła”. I wtedy mnie normalnie ścisnęło w środku. Bo zrozumiałam, że to nie był jednorazowy wyskok. Moja matka już wcześniej gadała do niej rzeczy za moimi plecami.
Następnego dnia pojechałam do niej sama. Powiedziałam: „Masz nie wciągać mojego dziecka w nasze sprawy”. A ona na to: „Jakie wasze sprawy? Ja ją przygotowuję do życia. Ktoś jej musi powiedzieć, jaka jesteś”. Zapytałam, co niby takiego zrobiłam. I wtedy wyszło to, o czym brat wiedział od dawna, a ja nie.
Parę miesięcy wcześniej moja matka dała bratu 20 tysięcy złotych ze swoich oszczędności, bo miał długi i bałagan z komornikiem. Mnie nic nie powiedziała. W tym samym czasie odmówiła mi pożyczki na kaucję za wynajem, kiedy właściciel podniósł czynsz i musiałam szybko zmieniać mieszkanie. Powiedziała wtedy, że „nie ma z czego”. Jakoś to przełknęłam, wzięłam chwilówkę, potem spłacałam to pół roku i ledwo wiązałam koniec z końcem. I chyba od tamtej pory siedziała w niej złość, że sobie nie poradziłam z godnością, tylko miałam do niej żal.
Powiedziała mi wtedy prosto w twarz: „Tobie się nie daje pieniędzy, bo ty chcesz stabilizacji i jeszcze byś się przyzwyczaiła. A on miał nóż na gardle”. Nie chodziło już nawet o te pieniądze. Bardziej o to, że mnie oceniała jako gorszą, zimną, niewdzięczną, i najwyraźniej opowiadała to też mojej córce. Powiedziałam, że dopóki mnie nie przeprosi i nie obieca, że nie będzie mówić takich rzeczy dziecku, nie ma kontaktu. A ona się roześmiała. Serio. „To zabraniaj. Jeszcze przyjdziesz, jak będziesz potrzebowała”.
Najgorsze jest to, że trochę miała rację. Bo po miesiącu zepsuła mi się pralka, córka miała zapalenie oskrzeli, w pracy ucięli premię i siedziałam wieczorem z telefonem w ręku, naprawdę bliska, żeby zadzwonić. Nie dlatego, że tęskniłam, tylko dlatego, że byłam zmęczona i przestraszona. I to mnie chyba najbardziej boli – że nawet teraz część mnie myśli bardziej o świętym spokoju niż o tym, co było dobre dla dziecka.
Brat twierdzi, że przesadzam. Mówi: „Nas też różne rzeczy mówiła i żyjemy”. Tylko że on od niej zawsze dostawał więcej wybaczania niż ja. A córka od kilku tygodni śpi spokojniej i nie pyta, kiedy pojedziemy do babci. Raz tylko zapytała: „Czy jak ktoś jest rodziną, to może mówić wszystko?”. I ja jej odpowiedziałam, że nie. Tylko sama jeszcze uczę się w to wierzyć.
Mam poczucie winy, bo to jednak moja matka, starsza osoba, sama, z problemami zdrowotnymi. Ale mam też w sobie strach, że jak znowu ją wpuszczę, to znowu zrobi krzywdę, a ja znowu to zbagatelizuję, bo będzie wygodniej i taniej. Na dziś kontaktu nie ma. Tylko cały czas siedzi mi w głowie, czy odcięcie własnej matki to już ochrona dziecka, czy jednak moje nieprzepracowane żale przebrane za granice. Jak wy byście to ocenili – można zerwać taką więź, jeśli tylko w ten sposób da się odzyskać poczucie bezpieczeństwa?