Kiedy brat leżał po wypadku, zostałam z tym sama i do dziś nie umiem spojrzeć rodzinie tak samo w oczy
„Nie mogę teraz przyjechać, mam swoje życie” – to było pierwsze zdanie, jakie usłyszałam od rodzica, kiedy zadzwoniłam ze szpitala i powiedziałam, że mój brat jest po ciężkim wypadku i lekarze nie wiedzą jeszcze, jak to się skończy.
Stałam wtedy pod SOR-em, ręce mi się trzęsły, a ja naprawdę byłam pewna, że jak powiem, co się stało, to wszyscy rzucą wszystko. Mój brat wracał z pracy, miał wypadek na obwodnicy, przywieźli go do szpitala wojewódzkiego. Urazy były poważne, operacja tego samego dnia, potem OIOM. Ja byłam najbliżej, więc pojechałam od razu. Nawet nie myślałam, że za chwilę okaże się, że praktycznie zostanę z tym sama.
Najpierw dzwoniłam normalnie, spokojnie. „Słuchajcie, jest źle, trzeba tu być, ogarnąć rzeczy z domu, dokumenty, ZUS, pracę, może ktoś mnie zmieni na noc”. Słyszałam: „Nie mam jak”, „dzieci mam”, „nie dam rady”, „szpitale mnie paraliżują”, „przecież ty jesteś ogarnięta”. Jeden z krewnych nawet powiedział: „Jak będzie wiadomo coś konkretnego, to daj znać”. Jakby to nie było konkretne.
Tylko że ja też nie byłam święta. Przez lata to ja brałam wszystko na siebie. Jak było coś do załatwienia u rodziców, to robiłam. Jak brat miał jakiś problem, też często dzwonił do mnie, bo wiedział, że odbiorę. I chyba sama nauczyłam rodzinę, że „ja ogarnę”. Nawet wtedy, pod tym szpitalem, zamiast powiedzieć wprost: „Przyjeżdżasz dziś do 20 i zostajesz”, to prosiłam miękko, licząc, że ktoś sam poczuje obowiązek.
Pierwsze dni były jak mgła. Lekarze mówili ostrożnie, pielęgniarki odsyłały od sali do sali, trzeba było dowieźć rzeczy, podpisać zgody, pilnować telefonu. Brat mieszkał sam, więc ja jeździłam do jego mieszkania, brałam ubrania, opłaciłam rachunek, bo akurat termin wypadał, dogadywałam z jego pracą zwolnienia i papiery. W pracy wzięłam urlop na żądanie, potem L4 od psychiatry, bo po kilku dniach przestałam spać. I dopiero wtedy usłyszałam od rodzica: „No ale przecież nikt ci nie kazał aż tak się angażować”.
Pamiętam, jak się wtedy wydarłam na parkingu: „To kto miał się angażować? Sąsiedzi?”
Usłyszałam tylko: „Nie rozmawiaj ze mną takim tonem, bo ja też to przeżywam”.
I pewnie przeżywali. Tylko z daleka. Telefonicznie. Czasem przelewem 200 zł „na benzynę”, jakby to załatwiało temat. Jedna krewna przyjechała raz z reklamówką jedzenia i od progu powiedziała: „Ja długo nie posiedzę, bo źle znoszę takie miejsca”. Siedziała 25 minut i przez połowę mówiła o swoich problemach.
Najgorsze przyszło później, kiedy brat wyszedł z najgorszego, ale był jeszcze leżący i wymagał pomocy. Rehabilitacja, wizyty, recepty, NFZ, kolejki, transport. Miał ograniczoną sprawność i przez jakiś czas nie mógł zostać sam. Wtedy naprawdę myślałam, że rodzina się włączy, bo zagrożenie życia minęło. Nic z tego. Zaczęło się rozliczanie.
„A czemu on nie może iść do zakładu opiekuńczo-leczniczego?”
„A czemu ty go wzięłaś do siebie, skoro masz małe mieszkanie?”
„A skąd mamy wiedzieć, czego potrzeba, skoro ty wszystko decydujesz?”
To ostatnie akurat zabolało, bo było w tym trochę prawdy. Wzięłam go do siebie bez konsultacji, bo wydawało mi się to oczywiste. Bałam się też, że jak zacznę czekać na wspólne ustalenia, to nikt nic nie zrobi. Tylko że potem wszyscy wygodnie weszli w rolę komentujących z boku. Jak było trzeba przyjść posiedzieć dwie godziny, żebym zrobiła zakupy albo poszła do dentysty, to nagle cisza.
Mój brat też nie był łatwy. Jak doszedł trochę do siebie, zrobił się opryskliwy. Raz powiedział: „Nie rób ze mnie ciężaru”. A innym razem: „Może jakbyś od początku bardziej cisnęła rodzinę, to nie siedziałabyś teraz sama i nie miała do wszystkich pretensji”. Strasznie mnie to zabolało, ale znowu – coś w tym było. Bo ja długo zamiast jasno stawiać granice, dusiłam wszystko w sobie, a potem wybuchałam na niewłaściwe osoby.
Punktem przełomowym była niedziela, kiedy miałam gorączkę i zadzwoniłam po kolei do trzech osób z rodziny z prostą prośbą: „Przyjedźcie dziś na 4 godziny, bo nie daję rady”. Jedna osoba nie odebrała, druga napisała po trzech godzinach „dopiero zobaczyłam”, trzecia powiedziała: „W niedzielę? Dziś mamy obiad”. Wtedy pierwszy raz usiadłam w łazience i się popłakałam ze złości, nie ze zmęczenia.
Kilka dni później zrobiłam grupę rodzinną i napisałam konkretnie: kto może kiedy przyjść, kto zawiezie na rehabilitację, kto ogarnie zakupy albo aptekę. Bez emocji. Tabela, dni, godziny. I wtedy wyszło coś jeszcze gorszego niż same odmowy. Zaczęli między sobą pisać, że „przesadzam”, że „ustawiam wszystkich”, że „lubię kontrolować” i że „od zawsze gram męczennicę”. Jedna wiadomość trafiła omyłkowo do mnie. Czytałam to chyba z dziesięć razy.
Odpisałam tylko: „Dobra. Już rozumiem”.
I od tamtej pory przestałam prosić.
Jakoś dociągnęłam to z pomocą dwóch obcych osób bardziej niż rodziny – jednej sąsiadki i koleżanki z pracy. Potem brat stanął na nogi, wrócił do siebie, zaczął normalniej funkcjonować. Dziś jest już w miarę samodzielny. Z rodziną niby mam kontakt, na święta się widujemy, ktoś coś napisze, czasem nawet udajemy, że wszystko jest normalnie. Tylko dla mnie nie jest.
Bo ja nie mam żalu o to, że ktoś nie mógł być codziennie. Każdy ma swoje życie, pracę, dzieci, zdrowie. Mam żal o to, że prawie wszyscy odsunęli się od razu, a potem jeszcze wmówili mi, że problemem jest mój ton, moja organizacja albo to, że „za dużo wzięłam na siebie”. Może i wzięłam. Może od początku powinnam była powiedzieć: „Albo pomagacie konkretnie, albo ja też nie dam rady”. Ale kiedy człowiek słyszy, że brat może nie przeżyć, to nie myśli strategicznie, tylko działa.
Najgorsze jest to, że po wszystkim bardziej niż sam wypadek pamiętam te telefony, te wymówki i to uczucie, że w ważnym momencie zostałam sama. I chyba dlatego już nie umiem ufać rodzinie tak jak kiedyś. Macie tak, że po jednej sytuacji coś się w was definitywnie przestawiło i już nie da się wrócić do dawnej relacji?