Teściowa chce zamieszkać z nami. Mąż nie potrafi jej odmówić: A ja nie chcę oddać jej mojego domu

– „Nie mogę jej tego powiedzieć, Aniu. To moja mama!” – głos Pawła drżał, a ja czułam, jak w środku wszystko mi się gotuje. Stałam przy kuchennym blacie, ściskając kubek z herbatą tak mocno, że aż bolały mnie palce.

– „A ja nie mogę oddać jej mojego domu!” – odpowiedziałam ciszej, niż zamierzałam. W tej ciszy było więcej bólu niż krzyku.

Od kilku tygodni moje życie przypominało niekończący się serial, w którym ktoś ciągle przewija do najgorszych scen. Nasze dwupokojowe mieszkanie na warszawskim Targówku zawsze było dla mnie azylem. 55 metrów kwadratowych – mało, ale wystarczająco, by czuć się bezpiecznie. Każda ściana pamiętała nasze wspólne wieczory, kłótnie o pilot do telewizora, zapach świeżo pieczonego chleba i ciche łzy po nieudanych dniach w pracy.

A teraz? Teraz miałam poczucie, że ktoś chce mi to wszystko zabrać.

Teściowa – Zofia. 65 lat, wdowa od pięciu lat. Zawsze była obecna w naszym życiu, ale na dystans. Z telefonem raz w tygodniu, z ciastem na święta i z radami, których nikt nie prosił. Ostatnio jednak coś się zmieniło. Zaczęła dzwonić codziennie, narzekać na samotność i zdrowie. Aż w końcu padło to zdanie: „Może bym się do was wprowadziła? Będzie wam raźniej, a ja nie będę taka sama.”

Paweł od razu zmiękł. Ja – wręcz przeciwnie.

– „Aniu, ona nie ma nikogo poza nami…”
– „A my mamy tylko siebie! I ten dom! Paweł, przecież tu ledwo się mieścimy!”

Nie spałam tej nocy. Leżałam obok męża i słyszałam jego ciężki oddech. W głowie miałam tysiące myśli: czy jestem egoistką? Czy mam prawo powiedzieć „nie”? Przecież to jego matka… Ale czy to znaczy, że moje życie przestaje się liczyć?

Następnego dnia Paweł wrócił z pracy wcześniej niż zwykle. Widziałam po jego twarzy, że coś jest nie tak.

– „Mama już szuka kartonów na rzeczy.”

Poczułam, jakby ktoś mnie uderzył w brzuch.

– „Bez mojej zgody?”
– „Ona myśli, że się zgodzisz… Że to normalne.”

Wybuchłam płaczem. Nie pamiętam, kiedy ostatnio czułam się tak bezradna.

Wieczorem zadzwoniła Zofia.

– „Aniu, kochanie, wiem, że to dla was zmiana, ale ja już nie daję rady sama. Poza tym będę wam pomagać – ugotuję obiad, posprzątam…”

Chciałam krzyczeć: „Nie chcę twojej pomocy! Chcę mojego życia!” Ale powiedziałam tylko:

– „Musimy to przemyśleć.”

Odkładając słuchawkę, zobaczyłam Pawła stojącego w drzwiach. Patrzył na mnie z wyrzutem.

– „Dlaczego jesteś taka uparta?”
– „Bo to jest mój dom! Nasz dom! Nie chcę dzielić go z twoją matką!”
– „Ona nie ma dokąd pójść!”
– „A ja nie mam gdzie uciec!”

Cisza była gorsza niż kłótnia.

Przez kolejne dni chodziliśmy wokół siebie jak obcy ludzie. Paweł zamykał się w sobie, ja coraz częściej wychodziłam z domu – na długie spacery po parku Bródnowskim, byle tylko nie wracać do tej duszącej atmosfery.

W pracy koleżanka zapytała:
– „Coś się stało?”
Opowiedziałam jej wszystko. Spojrzała na mnie ze współczuciem.
– „Nie pozwól sobie wejść na głowę. To twój dom.”
Ale czy naprawdę mogę być aż tak stanowcza?

W sobotę przyszła Zofia z ciastem i torbą pełną dokumentów.
– „Zobaczcie, już nawet adres zmieniłam w banku.”
Patrzyłam na nią i czułam narastającą panikę.
– „Mamo… jeszcze nic nie ustaliliśmy.” – Paweł próbował ratować sytuację.
Zofia spojrzała na mnie z wyrzutem.
– „Myślałam, że jesteście rodziną.”

Po jej wyjściu wybuchła prawdziwa awantura.
– „Nie rozumiem cię! To tylko kilka miesięcy!” – krzyczał Paweł.
– „A potem co? Zostanie na zawsze? Przecież ona nie chce wracać do siebie!”

W końcu powiedziałam coś, czego sama się po sobie nie spodziewałam:
– „Jeśli ona tu zamieszka, ja się wyprowadzam.”

Paweł patrzył na mnie jak na obcą osobę.
– „Naprawdę postawisz mnie przed takim wyborem?”
– „A ty mnie już postawiłeś.”

Następne dni były koszmarem. Zofia dzwoniła codziennie, Paweł milczał albo rzucał krótkie odpowiedzi. Ja czułam się jak intruz we własnym domu.

W końcu zebrałam się na odwagę i poszłam do Zofii.
Usiadłyśmy naprzeciwko siebie przy jej kuchennym stole.
– „Pani Zofio… Proszę mnie zrozumieć. To jest mój dom. Moje miejsce na ziemi. Ja nie dam rady żyć pod jednym dachem.”
Zofia spojrzała na mnie długo.
– „Myślałam, że będziesz dla mnie jak córka.”
– „Ale ja nie jestem pani córką. Jestem żoną pani syna i chcę mieć swoje życie.”

Wróciłam do domu roztrzęsiona. Paweł czekał na mnie w przedpokoju.
– „I co?”
– „Powiedziałam jej prawdę.”
– „Nie wiem, czy ci to wybaczę.”

Zamknęłam się w łazience i płakałam długo. Czułam się winna i jednocześnie… wolna?

Minęły dwa tygodnie. Zofia znalazła pokój do wynajęcia u znajomej z kościoła. Paweł jeszcze długo był chłodny i zamknięty w sobie. Ale powoli zaczęliśmy rozmawiać – o granicach, o tym, co znaczy dom i rodzina.

Dziś wiem jedno: czasem trzeba zawalczyć o siebie nawet wtedy, gdy wszyscy wokół mają ci to za złe. Bo jeśli nie postawimy granic dziś – jutro może już nie być czego bronić.

Czy naprawdę jestem egoistką? Czy może po prostu mam prawo do swojego miejsca na ziemi? Jak wy byście postąpili na moim miejscu?