„Gdybyśmy mieli dziecko, wszystko by się zmieniło” – historia o miłości, rozczarowaniu i pytaniu, które nie daje mi spokoju
– Znowu wracasz tak wcześnie? – zapytałam, słysząc jak Michał trzaska drzwiami. W kuchni pachniało jeszcze kawą, którą zostawiłam rano, a zegar ledwo wybił siedemnastą.
– Nie było sensu siedzieć dłużej. I tak nie ma co robić – rzucił, zrzucając plecak na krzesło. Jego głos był zmęczony, ale bardziej niż zmęczenie słyszałam w nim rezygnację.
Usiadłam naprzeciwko niego, dłubiąc łyżeczką w pustej filiżance. – Michał, musimy pogadać. Ostatnio coraz częściej myślę o naszej przyszłości. O tym, jak żyjemy…
Westchnął ciężko. – Znowu zaczynasz? Przecież mówiłem ci już sto razy – nie mam motywacji. Gdybyśmy mieli dziecko, wszystko by się zmieniło.
Zamarłam. To zdanie słyszałam już tyle razy, że mogłabym je wyrecytować przez sen. Ale za każdym razem bolało tak samo.
– A jeśli nigdy nie będziemy mieli dziecka? – zapytałam cicho. – Co wtedy? Czy naprawdę musisz mieć kogoś jeszcze, żeby chcieć czegoś więcej od życia?
Michał spojrzał na mnie z wyrzutem. – Nie rozumiesz mnie. Ty zawsze musisz mieć wszystko zaplanowane, a ja… Ja po prostu nie widzę sensu w tym wszystkim bez rodziny.
Wstałam gwałtownie, czując jak łzy napływają mi do oczu. – A ja nie chcę być tą, która będzie musiała wszystko dźwigać sama! Michał, przecież ledwo nam starcza do pierwszego. Ty nawet nie próbujesz znaleźć lepszej pracy!
W mieszkaniu zapadła cisza. Słychać było tylko szum samochodów za oknem i tykanie zegara. Michał patrzył gdzieś w bok, jakby szukał odpowiedzi na pytania, których nawet nie chciał usłyszeć.
Poznaliśmy się dwa lata temu na parapetówce u wspólnych znajomych. Michał był wtedy duszą towarzystwa – opowiadał dowcipy, śmiał się głośno i miał w sobie coś, co przyciągało ludzi. Zakochałam się w nim od pierwszego wejrzenia. Przez pierwszy rok wszystko wydawało się możliwe: wspólne plany, marzenia o podróżach, mieszkanie na kredyt…
Ale potem coś zaczęło się psuć. Michał coraz częściej narzekał na pracę w magazynie budowlanym: szef był wredny, pensja marna, a koledzy tylko czekali na okazję, żeby go podkopać. Proponowałam mu kursy, szkolenia – nawet znalazłam kilka ofert pracy w lepszych firmach. Zawsze miał wymówkę: „Nie teraz”, „To nie dla mnie”, „Poczekajmy jeszcze trochę”.
A potem pojawił się temat dziecka.
– Gdybyśmy mieli dziecko, miałbym dla kogo się starać – powtarzał jak mantrę. – Teraz to wszystko jest takie… puste.
Nie rozumiałam tego. Czy ja nie byłam wystarczającym powodem? Czy nasza miłość nie była wystarczająca?
Moja mama mówiła mi kiedyś: „Nie licz na to, że ktoś się zmieni dla ciebie albo dla dziecka. Ludzie zmieniają się tylko wtedy, gdy naprawdę tego chcą.”
Coraz częściej wracałam do tych słów.
Pewnego wieczoru zadzwoniła do mnie siostra, Kasia.
– Co u was? – zapytała z troską w głosie.
– Nie wiem… Chyba utknęliśmy w martwym punkcie – przyznałam niechętnie.
– Michał znowu mówi o dziecku?
– Tak. I znowu twierdzi, że wtedy wszystko się zmieni.
Kasia westchnęła. – A ty czego chcesz?
To pytanie uderzyło mnie mocniej niż chciałam przyznać. Czego ja właściwie chcę? Chciałam stabilności, poczucia bezpieczeństwa. Chciałam partnera, który będzie walczył razem ze mną o lepsze życie. A zamiast tego miałam kogoś, kto czeka na cud.
Wieczorami leżałam obok Michała i słuchałam jego spokojnego oddechu. Myślałam o tym, jak wyglądałyby nasze dni z dzieckiem: czy byłby wtedy innym człowiekiem? Czy naprawdę znalazłby w sobie siłę do zmian?
Ale przecież życie to nie bajka. Dziecko nie jest magicznym rozwiązaniem wszystkich problemów.
Pewnego dnia wróciłam wcześniej z pracy i zobaczyłam Michała siedzącego przed komputerem. Na ekranie wyświetlały się ogłoszenia o pracę – ale on tylko bezwiednie przewijał stronę w dół.
– Szukasz czegoś konkretnego? – zapytałam ostrożnie.
Wzruszył ramionami. – Patrzę… Ale sam nie wiem po co.
Usiadłam obok niego i położyłam mu rękę na ramieniu.
– Michał… Ja naprawdę cię kocham. Ale nie mogę być jedyną osobą, która ciągnie ten wózek. Jeśli chcesz mieć dziecko tylko po to, żeby coś się zmieniło… To może nigdy nie będziemy gotowi.
Spojrzał na mnie z bólem w oczach.
– Ja po prostu boję się, że nigdy nie będę wystarczający…
Te słowa rozdarły mi serce. Przez chwilę chciałam go przytulić i powiedzieć, że wszystko będzie dobrze. Ale wiedziałam, że to nie wystarczy.
Minęły tygodnie. Michał coraz częściej zamykał się w sobie. Ja rzuciłam się w wir pracy i spotkań ze znajomymi – próbowałam znaleźć odpowiedzi tam, gdzie ich nie było.
W końcu usiedliśmy razem przy stole i spojrzeliśmy sobie w oczy bez uciekania wzrokiem.
– Musimy podjąć decyzję – powiedziałam stanowczo. – Albo zaczynamy działać razem i walczymy o naszą przyszłość… Albo każde z nas pójdzie swoją drogą.
Michał długo milczał.
– Daj mi czas – poprosił cicho.
Dałam mu ten czas. Ale każdego dnia pytałam siebie: ile jeszcze mogę czekać? Czy można budować szczęście na nadziei, że ktoś kiedyś się zmieni?
Czasami patrzę na nasze wspólne zdjęcia i zastanawiam się: czy naprawdę wystarczy kochać kogoś bardzo mocno, żeby razem przetrwać wszystko? Czy może są granice cierpliwości i marzeń?
A wy? Jak długo byście czekali na zmianę u ukochanej osoby? Czy warto wierzyć w obietnice bez pokrycia?