Dlaczego nie chcę już prosić rodziców o pomoc: Moja historia o mieszkaniu, rodzinie i dumie

– Marzena, nie możesz tego tak zostawić! – Piotr podniósł głos, a ja poczułam, jak łzy napływają mi do oczu. Siedzieliśmy przy kuchennym stole w naszym wynajmowanym mieszkaniu na warszawskim Mokotowie. Wokół nas piętrzyły się kartony z rzeczami, bo lada dzień musieliśmy się wyprowadzić – właścicielka sprzedała mieszkanie i nie przedłużyła nam umowy.

– Piotrze, ja już nie mam siły – wyszeptałam. – Twoi rodzice nawet nie chcieli ze mną rozmawiać. Powiedzieli tylko, że „każdy musi sobie radzić sam”.

Wiedziałam, że Kowalscy mają pieniądze. Ich dom pod Warszawą był pełen antyków, a w garażu stały dwa nowe samochody. Zawsze powtarzali, że ciężką pracą doszli do wszystkiego i nie zamierzają nikomu nic ułatwiać. Ale ja nie chciałam ich pieniędzy na wakacje czy nowy telefon. Potrzebowaliśmy tylko wsparcia przy wkładzie własnym do kredytu hipotecznego – tych nieszczęsnych 80 tysięcy złotych, które dla nich byłyby drobnostką.

– Może powinniśmy jeszcze raz z nimi porozmawiać? – Piotr spojrzał na mnie z nadzieją.

– Nie chcę się już prosić – odpowiedziałam twardo. – Czuję się jak żebraczka.

Wróciłam myślami do tamtego popołudnia, kiedy po raz pierwszy odważyłam się poruszyć temat mieszkania przy stole u Kowalskich. Siedzieliśmy w ich ogrodzie, popijając kawę z porcelanowych filiżanek. Pani Kowalska poprawiła apaszkę i spojrzała na mnie z góry:

– Marzeno, my z mężem zaczynaliśmy od zera. Kredyt na trzydzieści lat, stare meble po rodzicach…

– Ale czasy się zmieniły – próbowałam tłumaczyć. – Teraz bez wkładu własnego nie dostaniemy kredytu.

Pan Kowalski tylko wzruszył ramionami:

– Trzeba było oszczędzać.

Poczułam wtedy upokorzenie, jakiego nie znałam wcześniej. Pracowałam od studiów, odkładałam każdą złotówkę. Piotr też harował po godzinach jako informatyk. Ale ceny mieszkań rosły szybciej niż nasze pensje. Mimo wszystko wierzyłam, że rodzina jest od tego, by się wspierać.

Po tej rozmowie przez kilka dni nie mogłam spać. Zastanawiałam się, czy jestem niewdzięczna. Moja mama mówiła: „Nie każdy ma szczęście do teściów”. Ale ja nie chciałam szczęścia – chciałam tylko sprawiedliwości.

Napięcie między mną a Piotrem rosło z każdym dniem. On próbował tłumaczyć rodziców:

– Wiesz, oni naprawdę ciężko pracowali całe życie…

– A my niby nie? – wybuchłam pewnego wieczoru. – Czy to znaczy, że mamy być gorsi? Że nie zasługujemy na pomoc?

Piotr milczał długo, patrząc w okno na szare bloki za szybą.

W końcu przyszedł dzień wyprowadzki. Pakowaliśmy rzeczy w milczeniu. Mama zadzwoniła:

– Marzenko, może wrócicie do nas na jakiś czas? Pokój po twoim bracie stoi pusty…

Nie chciałam wracać do rodzinnego domu w Radomiu. To byłby krok wstecz. Chciałam być samodzielna, dorosła.

Znaleźliśmy małe mieszkanie do wynajęcia na Pradze. Ciasne, z meblościanką z lat 80., ale nasze – przynajmniej na papierze. Każdego dnia czułam coraz większą gorycz wobec Kowalskich. Zaczęłam unikać rodzinnych spotkań. Piotr próbował łagodzić sytuację:

– Może kiedyś zmienią zdanie…

Ale ja już nie chciałam ich pieniędzy. Chciałam tylko poczuć się częścią rodziny.

Pewnego dnia zadzwoniła pani Kowalska:

– Marzeno, czy mogłabyś upiec sernik na niedzielę? Przyjdzie cała rodzina.

Zacisnęłam zęby.

– Przykro mi, mam dużo pracy.

Odkładając słuchawkę, poczułam ulgę i żal jednocześnie. Czy naprawdę tak trudno okazać trochę serca?

Minęły miesiące. Z Piotrem coraz częściej się kłóciliśmy o pieniądze i przyszłość. On czuł się rozdarty między mną a rodzicami. Ja czułam się samotna jak nigdy wcześniej.

W końcu usiedliśmy razem przy kuchennym stole.

– Marzena… Ja wiem, że cię zawiodłem – powiedział cicho Piotr.

– To nie ty mnie zawiodłeś – odpowiedziałam łamiącym się głosem. – To oni.

Spojrzał na mnie ze smutkiem.

– Może powinniśmy zacząć wszystko od nowa? Bez oczekiwań wobec innych?

Pokiwałam głową, choć w środku czułam pustkę.

Dziś wiem jedno: nie chcę już prosić nikogo o pomoc. Wolę żyć skromniej, ale z podniesioną głową. Czasem jednak budzę się w nocy i pytam siebie: czy naprawdę rodzina powinna być tylko od świątecznych życzeń i wspólnych zdjęć? Czy wsparcie to tylko pieniądze? A może coś znacznie więcej?

Czy Wy też kiedyś poczuliście się obcy we własnej rodzinie? Co dla Was znaczy prawdziwe wsparcie?