Za zamkniętymi drzwiami: Historia mojej walki o siebie
— Znowu wróciłaś późno. — Głos Pawła odbił się echem w pustym przedpokoju. Stał oparty o framugę drzwi do kuchni, z założonymi rękami, jakby czekał na wyrok.
Przez chwilę miałam ochotę odpowiedzieć coś złośliwego, ale połknęłam słowa. Przecież nie mogłam pozwolić sobie na kolejną kłótnię. Wzięłam głęboki oddech, zdjęłam płaszcz i powiesiłam go na wieszaku.
— Byłam u mamy, mówiłam ci rano — rzuciłam cicho, unikając jego wzroku.
— U mamy… — powtórzył z kpiną. — Zawsze masz jakąś wymówkę.
Wiedziałam, że nie ma sensu tłumaczyć. Od miesięcy nasze rozmowy wyglądały tak samo: on oskarżał, ja się tłumaczyłam. Potem zapadała cisza, która bolała bardziej niż najgorsze słowa.
Dla wszystkich byliśmy idealną parą. Tylko ja wiedziałam, co się dzieje za zamkniętymi drzwiami. Na zdjęciach — uśmiechnięci, dopasowani. On w eleganckiej koszuli, ja z delikatnym makijażem i ręką opartą o jego ramię. Nikt by nie powiedział, że między nami od dawna nie było nawet zwykłego „jak się masz”. Przyjmowaliśmy gości, chodziliśmy razem na rodzinne uroczystości, spacerowaliśmy po parku z naszym synem Antkiem. Wszystko na pokaz.
Pamiętam Wigilię u teściów dwa lata temu. Paweł śmiał się głośno z żartów szwagra, a ja kroiłam makowiec, czując jak łzy cisną mi się do oczu. W kuchni podeszła do mnie teściowa.
— Dobrze ci z Pawłem? — zapytała nagle.
Zamarłam z nożem w ręku. Uśmiechnęłam się sztucznie.
— Oczywiście, wszystko dobrze — skłamałam.
Bo co miałam powiedzieć? Że od miesięcy śpimy osobno? Że Paweł potrafi przez tydzień się do mnie nie odezwać? Że czasem czuję się w tym domu bardziej samotna niż wtedy, gdy mieszkałam sama w kawalerce na Pradze?
Wróciłam wtedy do stołu i przez resztę wieczoru grałam rolę idealnej żony. Tak jak zawsze.
Ale to nie zawsze tak wyglądało. Kiedyś byliśmy szczęśliwi. Poznałam Pawła na studiach — był zabawny, ambitny, miał plany na przyszłość. Zakochałam się w nim bez pamięci. Po ślubie wszystko zaczęło się zmieniać powoli, niemal niezauważalnie. Najpierw drobne uszczypliwości, potem coraz częstsze pretensje o drobiazgi: że obiad nie taki, że za długo rozmawiam przez telefon z mamą, że Antek za głośno się śmieje.
Z czasem Paweł zaczął wracać coraz później z pracy. Tłumaczył się nadgodzinami, ale czułam, że coś jest nie tak. Próbowałam rozmawiać, pytać — odbijałam się od muru milczenia albo wybuchów złości.
Najgorsze były wieczory. Siedzieliśmy razem w salonie: on przed telewizorem, ja z książką lub telefonem. Każde z nas w swoim świecie. Czasem próbowałam zagaić rozmowę:
— Może obejrzymy coś razem?
— Nie mam ochoty — odpowiadał beznamiętnie.
Albo:
— Jak ci minął dzień?
— Normalnie.
I tyle. Cisza.
Przyjaciółki mówiły: „Zazdroszczę ci Pawła! Taki przystojny, dobrze zarabia, macie piękne mieszkanie”. Uśmiechałam się i kiwałam głową. Nikt nie wiedział, że każda noc to walka ze łzami i poczuciem winy.
Najbardziej bolało mnie to dla Antka. Miał wtedy sześć lat i coraz częściej pytał:
— Mamo, dlaczego tata się na mnie gniewa?
Przytulałam go mocno i mówiłam:
— Tata jest zmęczony, kochanie.
Ale wiedziałam, że to nieprawda. Paweł był po prostu zimny i obojętny wobec nas obu.
Pewnego dnia znalazłam w jego telefonie wiadomości do jakiejś kobiety. Serce mi stanęło. Nie było tam nic jednoznacznego — ot, trochę flirtu, kilka dwuznacznych żartów — ale dla mnie to był cios w samo serce.
Wieczorem zebrałam się na odwagę:
— Paweł, musimy porozmawiać.
Spojrzał na mnie niechętnie.
— O czym?
— Znalazłam twoje wiadomości do tej… Magdy.
Wzruszył ramionami.
— Przesadzasz. To tylko koleżanka z pracy.
— Ale dlaczego piszesz jej takie rzeczy?
Wstał gwałtownie z kanapy.
— Bo przynajmniej ona mnie słucha! Ty tylko narzekasz!
Zatkało mnie. Chciałam krzyczeć, płakać, rzucać talerzami — ale nie zrobiłam nic. Po prostu wyszłam do sypialni i zamknęłam drzwi.
Od tamtej pory było już tylko gorzej. Paweł coraz częściej znikał z domu na całe wieczory. Ja coraz częściej płakałam po nocach. Antek zamknął się w sobie i przestał opowiadać mi o swoich marzeniach.
Zaczęłam myśleć o rozwodzie. Ale bałam się — co powiedzą rodzice? Co powie teściowa? Jak poradzę sobie sama z dzieckiem? Przecież nie mam nawet stałej pracy — po urlopie macierzyńskim pracowałam dorywczo jako korepetytorka angielskiego.
Pewnego dnia zadzwoniła do mnie moja siostra Marta.
— Sylwia, co się dzieje? Słyszałam od mamy, że jesteś jakaś przygaszona…
Chciałam zaprzeczyć, ale głos mi się załamał.
— Marta… ja już nie daję rady…
Przez godzinę słuchała mojego płaczu i wyznań. Nie oceniałam mnie ani nie dawała rad na siłę. Po prostu była.
To ona namówiła mnie na wizytę u psychologa. Bałam się jak cholera — przecież „nie jestem wariatem”, powtarzałam sobie w myślach. Ale poszłam.
Psycholożka — pani Dorota — była ciepła i spokojna. Po kilku spotkaniach zaczęłam rozumieć, że to nie ze mną jest coś nie tak. Że mam prawo być szczęśliwa i kochana.
Zaczęłam powoli odzyskiwać siły. Zapisałam Antka na dodatkowe zajęcia sportowe, sama zaczęłam biegać wieczorami po osiedlu. Znalazłam pracę w szkole językowej — na pół etatu, ale dawała mi poczucie niezależności.
Paweł zauważył zmianę.
— Co ty sobie wyobrażasz? Że możesz robić co chcesz? — krzyczał pewnego wieczoru.
Spojrzałam mu prosto w oczy pierwszy raz od lat.
— Tak właśnie uważam — odpowiedziałam spokojnie.
Nie spodobało mu się to. Zaczął grozić rozwodem, zabieraniem dziecka, oczernianiem mnie przed rodziną. Ale tym razem nie dałam się zastraszyć.
W końcu sama złożyłam pozew o rozwód.
Rodzina była w szoku. Mama płakała przez telefon:
— Sylwia, czy ty zwariowałaś? Przecież Paweł to dobry człowiek!
Teściowa przestała się do mnie odzywać. Znajomi podzielili się na dwa obozy: jedni wspierali mnie po cichu, inni patrzyli z potępieniem.
Najtrudniejsze były rozmowy z Antkiem:
— Mamo, czy tata już nas nie kocha?
Przytulałam go mocno i mówiłam:
— Tata zawsze będzie twoim tatą. Ale mama musi zadbać o siebie i o ciebie.
Rozwód ciągnął się miesiącami. Były łzy w sądzie, oskarżenia o byle co, walka o alimenty i opiekę nad Antkiem. Ale przetrwałam to wszystko dzięki wsparciu Marty i pani Doroty.
Dziś mieszkam z Antkiem w małym mieszkaniu na Ochocie. Nie jest łatwo — czasem brakuje pieniędzy na wszystko, czasem dopada mnie samotność wieczorami. Ale czuję spokój jakiego nie znałam od lat.
Czasem spotykam Pawła pod szkołą Antka. Jest chłodny i oficjalny; już nie boli mnie jego obojętność. Czasem myślę o tym wszystkim co było — czy mogłam coś zrobić inaczej? Czy gdybym wcześniej poprosiła o pomoc, byłoby łatwiej?
Ale wiem jedno: już nigdy nie pozwolę nikomu odebrać sobie głosu ani godności.
Czy naprawdę musimy udawać przed światem szczęście za wszelką cenę? Ilu ludzi wokół nas nosi takie maski? Może warto czasem zapytać: „Jak naprawdę się czujesz?”