Trzy kotlety mielone i jedna prawda: Kiedy miłość staje się ciężarem – historia Iwony z warszawskiego blokowiska

— Iwona, znowu tylko trzy kotlety? — głos Marka przeszył ciszę kuchni jak nóż. Stałam przy zlewie, z rękami mokrymi od wody i resztek ziemniaków. Dzieci już siedziały przy stole, cicho, jakby wyczuwały napięcie. — Przecież wiesz, że po pracy jestem głodny jak wilk! — dodał, rzucając widelcem na talerz.

Zacisnęłam zęby. W głowie dudniło mi jedno pytanie: „Czy naprawdę wszystko, co robię, jest zawsze za mało?” Przez chwilę miałam ochotę wykrzyczeć mu prosto w twarz, że nie jestem robotem, że też mam swoje granice. Ale zamiast tego tylko ścisnęłam ścierkę mocniej i odwróciłam się do okna. Za szybą szarzało, a na podwórku dzieciaki z sąsiedztwa grały w piłkę. Zazdrościłam im tej beztroski.

Marek zawsze był wymagający. Kiedyś myślałam, że to siła charakteru, dziś widzę w tym coś innego — wieczne niezadowolenie. Poznaliśmy się na studiach w Warszawie. On — ambitny informatyk z Pragi Południe, ja — dziewczyna z Grochowa, która marzyła o własnej kawiarni. Zakochaliśmy się szybko, równie szybko pojawiły się dzieci: najpierw Bartek, potem bliźniaczki — Ola i Zosia. Marzenia o kawiarni zamieniłam na pieluchy i domowe obiady.

— Mamo, mogę dokładkę ziemniaków? — zapytała Ola nieśmiało.

— Oczywiście, kochanie — odpowiedziałam łagodnie, choć w środku czułam się jak pusta skorupa. Każdy dzień wyglądał tak samo: pobudka o szóstej, śniadanie dla wszystkich, szkoła, praca na pół etatu w bibliotece osiedlowej, zakupy, obiad, pranie, lekcje z dziećmi. Marek wracał późno i zawsze był zmęczony. Ja też byłam zmęczona, ale nikt o to nie pytał.

Tego dnia wszystko się we mnie zagotowało. Kiedy dzieci wyszły do swoich pokoi, a Marek usiadł przed telewizorem z piwem, podeszłam do niego i powiedziałam:

— Marek, musimy porozmawiać.

Spojrzał na mnie niechętnie. — Teraz? Może później?

— Nie. Teraz.

Usiadłam naprzeciwko niego. Czułam, jak drżą mi ręce.

— Czy ty w ogóle widzisz mnie jeszcze? Czy jestem dla ciebie tylko kucharką i sprzątaczką?

Marek wzruszył ramionami. — O co ci chodzi? Przecież masz wszystko: dom, dzieci, stabilizację.

— Ale nie mam siebie! — wybuchłam. — Nie pamiętasz nawet, kiedy ostatnio zapytałeś mnie, jak się czuję. Nie pamiętasz moich urodzin. Nawet nie wiesz, że od dwóch miesięcy chodzę do psychologa!

Zamilkł. W jego oczach pojawiło się coś na kształt zdziwienia.

— Psychologa? Po co?

— Bo nie radzę sobie z tym wszystkim! Bo czuję się niewidzialna! — łzy napłynęły mi do oczu.

Przez chwilę siedzieliśmy w ciszy. Słychać było tylko szum telewizora i odgłosy dzieci zza ściany.

— Przesadzasz — powiedział w końcu cicho. — Każdy ma ciężko.

Wstałam i wyszłam na balkon. Powietrze było zimne i wilgotne. Oparłam się o barierkę i pozwoliłam łzom płynąć swobodnie. Przypomniałam sobie siebie sprzed lat: uśmiechniętą dziewczynę z głową pełną pomysłów. Gdzie ona się podziała?

Następnego dnia zadzwoniła do mnie mama.

— Iwonka, wszystko w porządku? Słyszałam twój głos przez telefon… Taki smutny.

Nie wytrzymałam i opowiedziałam jej wszystko. O Marku, o kotletach mielonych, o tym, jak bardzo czuję się samotna.

— Dziecko… — westchnęła mama. — Ja też tak miałam z twoim ojcem. Ale wtedy nie było wyboru. Ty masz wybór.

Te słowa długo dźwięczały mi w głowie. Czy naprawdę mam wybór? Czy mogę jeszcze coś zmienić?

Wieczorem usiadłam przy stole z notesem i długopisem. Zaczęłam spisywać swoje marzenia: kawa na mieście z przyjaciółką; weekend bez gotowania; własna kawiarnia; rozmowa bez krzyku; spacer po Starym Mieście bez pośpiechu; uśmiech bez powodu.

Następnego dnia po pracy poszłam do kawiarni na Saskiej Kępie. Usiadłam sama przy oknie i zamówiłam cappuccino oraz sernik malinowy. Przez godzinę patrzyłam na ludzi za szybą i czułam się wolna jak nigdy dotąd.

Po powrocie do domu Marek był zdziwiony:

— Gdzie byłaś? Dzieci pytały o ciebie.

— Byłam tam, gdzie dawno mnie nie było — odpowiedziałam spokojnie.

Nie rozumiał. Ale ja zaczynałam rozumieć siebie.

Przez kolejne tygodnie coraz częściej robiłam coś dla siebie: spotkanie z koleżanką ze studiów; wieczór z książką; samotny spacer po parku Skaryszewskim. Marek coraz częściej narzekał:

— Zmieniłaś się. Nie jesteś już taka jak kiedyś.

— Może właśnie teraz jestem sobą — odpowiedziałam pewnego dnia.

Dzieci patrzyły na mnie inaczej — z ciekawością i odrobiną podziwu. Zaczęły pomagać w domu bez proszenia. Ola zapytała:

— Mamo, jesteś szczęśliwa?

Przytuliłam ją mocno.

— Uczę się tego każdego dnia.

Nie wiem jeszcze, dokąd mnie to zaprowadzi. Może zostanę z Markiem, a może wybiorę inną drogę. Wiem jedno: już nigdy nie pozwolę sobie być tylko tłem dla czyjegoś życia.

Czy naprawdę musimy poświęcać siebie dla innych? A może czasem warto postawić siebie na pierwszym miejscu – nawet jeśli oznacza to rewolucję przy rodzinnym stole?