Mąż powiedział, że nie jestem dobrą gospodynią – po rozmowie z teściową. Ta jedna rozmowa zmieniła wszystko
– Wiesz, mama mówi, że nie jesteś dobrą gospodynią – powiedział Marek, nawet nie patrząc mi w oczy. Stał w progu kuchni, opierając się o framugę drzwi, a ja trzymałam w ręku ściereczkę, którą właśnie wycierałam talerze po obiedzie. Zamarłam. Przez chwilę miałam wrażenie, że czas stanął w miejscu. Słowa odbiły się echem w mojej głowie, jakby ktoś uderzył mnie otwartą dłonią w twarz.
– Co proszę? – zapytałam cicho, choć dobrze usłyszałam każde słowo.
Marek wzruszył ramionami. – Mama mówi, że kiedy ona była w twoim wieku, dom zawsze lśnił, obiad był na stole punkt dwunasta, a dzieci nigdy nie chodziły w poplamionych ubraniach. Może powinnaś się bardziej postarać?
Poczułam, jak coś we mnie pęka. Przez gardło przeszła mi gula żalu i złości. Przecież robiłam wszystko, co mogłam. Pracowałam na pół etatu w bibliotece, odbierałam dzieci z przedszkola, gotowałam obiady, sprzątałam, prałam. Czasem nie miałam siły nawet usiąść wieczorem z książką. Ale dla Marka i dzieci starałam się być najlepszą wersją siebie.
Tego wieczoru długo nie mogłam zasnąć. Wpatrywałam się w sufit, słuchając spokojnego oddechu Marka. W głowie kłębiły mi się myśli: Czy naprawdę jestem złą żoną? Czy nie zasługuję na szacunek? Czy wszystko, co robię, jest niewystarczające?
Następnego dnia teściowa przyszła do nas na kawę. Zawsze siadała przy stole z miną surowej nauczycielki i rozglądała się po mieszkaniu krytycznym wzrokiem.
– O, widzę, że firanki już dawno nie były prane – rzuciła mimochodem. – A te dzieci… Znowu biegają bez kapci. U nas w domu to by nie przeszło.
Zacisnęłam zęby i uśmiechnęłam się sztucznie. – Dzieci są zdrowe i szczęśliwe, pani Mario. A firanki wypiorę w weekend.
Teściowa spojrzała na mnie z politowaniem. – Za moich czasów kobieta wiedziała, co do niej należy.
Po jej wyjściu usiadłam na kanapie i rozpłakałam się jak dziecko. Czułam się upokorzona i bezsilna. Marek nawet nie próbował mnie pocieszyć – tylko wzruszył ramionami i poszedł do swojego pokoju.
Zaczęłam coraz bardziej zamykać się w sobie. Każdego dnia starałam się jeszcze bardziej: gotowałam wymyślne obiady, sprzątałam do późna w nocy, prasowałam koszule Marka na kant. Ale cokolwiek bym nie zrobiła, zawsze znalazło się coś nie tak.
Pewnego dnia wróciłam z pracy wcześniej i usłyszałam rozmowę Marka z jego matką przez telefon:
– Tak, mamo… Wiem… Mówiłem jej już… No ale ona chyba nigdy nie będzie taka jak ty…
Serce mi zamarło. Poczułam się jak cień we własnym domu.
Wieczorem zebrałam się na odwagę i powiedziałam Markowi:
– Czy ty naprawdę uważasz, że jestem złą gospodynią? Że nie nadaję się na żonę?
Spojrzał na mnie zaskoczony. – Nie wiem… Po prostu mama ma rację w wielu sprawach. Może powinnaś jej posłuchać.
Wtedy coś we mnie pękło na dobre. Przestałam walczyć o jego uznanie. Zaczęłam walczyć o siebie.
Zaczęłam chodzić na spotkania grupy wsparcia dla kobiet. Tam poznałam Magdę, która opowiedziała mi swoją historię o toksycznej teściowej i mężu, który zawsze stawał po stronie matki. Poczułam ulgę – nie byłam sama.
Zaczęłam czytać książki o asertywności i budowaniu własnej wartości. Powoli odzyskiwałam siłę.
Pewnego dnia Marek wrócił do domu i zobaczył mnie siedzącą przy stole z kubkiem herbaty i książką.
– Nie ma obiadu? – zapytał zdziwiony.
– Dziś zamawiamy pizzę – odpowiedziałam spokojnie.
Spojrzał na mnie jak na obcą osobę.
– Co się z tobą dzieje?
– Zmieniłam priorytety – odpowiedziałam cicho, ale stanowczo.
Od tego dnia zaczęliśmy coraz częściej się kłócić. Marek nie rozumiał mojej przemiany. Teściowa dzwoniła codziennie i pytała, czy już „wróciłam do siebie”.
Ale ja już nie chciałam wracać do tamtej siebie.
Po kilku miesiącach Marek spakował walizkę i wyprowadził się do matki „na jakiś czas”. Dzieci płakały, a ja czułam ulgę pomieszaną ze strachem.
Musiałam nauczyć się żyć na nowo – sama z dziećmi, bez wsparcia męża. Było ciężko: rachunki, praca, codzienne obowiązki… Ale po raz pierwszy od lat czułam się wolna.
Dziś wiem jedno: nikt nie ma prawa oceniać mojej wartości przez pryzmat czystych firanek czy perfekcyjnie ugotowanego rosołu. Jestem dobrą matką i kobietą – nawet jeśli czasem zamawiam pizzę zamiast gotować obiad.
Czy naprawdę musimy poświęcać siebie dla cudzych oczekiwań? Czy szczęście rodziny mierzy się ilością wypastowanych podłóg? Ciekawa jestem Waszych historii…