Kiedy rodzina dusi: Moja walka o granice i własne życie
– Ivana, odbierz, to znowu mama Krzyśka – słyszę głos męża zza kuchennego stołu. W jego oczach widzę zmęczenie, ale i rezygnację. Telefon dzwoni nieprzerwanie od kilku minut, jakby ktoś po drugiej stronie wiedział, że nie damy rady go zignorować. W końcu podnoszę słuchawkę.
– Tak, pani Zosiu?
– Ivanka, kochanie, czy mogłabyś pożyczyć nam jeszcze dwieście złotych? Wiesz, ten prąd znowu podrożał… A Krzysiek przecież zawsze był taki pomocny – słyszę w głosie teściowej nutę wyrzutu.
Zaciskam zęby. To już trzeci raz w tym miesiącu. Odkładam słuchawkę i czuję, jak w środku narasta we mnie fala gniewu i bezsilności. Krzysiek patrzy na mnie bezradnie.
– Co mam zrobić, Ivana? To moja matka…
– A ja? Ja się nie liczę? – wybucham. – Ile jeszcze będziemy płacić za ich błędy? Kiedy wreszcie pomyślimy o sobie?
Cisza. W tej ciszy słyszę wszystko: swoje rozczarowanie, jego poczucie winy, nasze zmęczenie. Przypominam sobie pierwsze miesiące po ślubie. Mieliśmy plany: mieszkanie na kredyt, podróże, może dziecko. Ale wtedy zaczęły się telefony. Najpierw drobne prośby – „pożyczcie na leki”, „pomóżcie z rachunkiem”. Potem coraz większe oczekiwania. Teść stracił pracę, teściowa zaczęła chorować. Zamiast budować własny dom, staliśmy się bankomatem dla rodziny Krzyśka.
Pamiętam Wigilię sprzed dwóch lat. Siedzieliśmy przy stole w ich mieszkaniu na Pradze. Teściowa narzekała na wszystko: na karpia, na pogodę, na to, że nie mamy dzieci. – Może gdybyście mniej myśleli o sobie, a więcej o rodzinie… – rzuciła wtedy niby żartem, ale jej spojrzenie mówiło wszystko.
Od tamtej pory coraz częściej czuję się jak intruz we własnym życiu. Każda decyzja – od wyboru wakacji po zakup nowej pralki – musi być konsultowana z rodziną Krzyśka. Gdy próbuję postawić granicę, słyszę: – Ty nie rozumiesz, co to znaczy być rodziną.
Ale ja rozumiem aż za dobrze. W moim domu rodzinnym było biednie, ale nikt nie żerował na drugim człowieku. Mama powtarzała: „Pomagać trzeba z serca, nie z obowiązku”.
Ostatnio coraz częściej łapię się na tym, że nie poznaję samej siebie. Zawsze byłam silna, niezależna. Teraz boję się odebrać telefon. Boję się kolejnej prośby, kolejnego wyrzutu. Boję się, że któregoś dnia powiem coś, czego nie da się cofnąć.
Wczoraj wieczorem usiedliśmy z Krzyśkiem przy kuchennym stole. Długo milczeliśmy.
– Ivana… Ja wiem, że to wszystko cię boli. Ale co mam zrobić? Przecież nie zostawię ich samych…
– A mnie zostawisz? – zapytałam cicho.
Spojrzał na mnie zaskoczony.
– Przecież jesteśmy razem…
– Nie czuję tego. Czuję się sama jak nigdy wcześniej.
Łzy napłynęły mi do oczu. Nie chciałam płakać przy nim, ale nie potrafiłam już dłużej udawać silnej.
– Krzysiek… Ja też mam rodzinę. Też mam swoje potrzeby. Chcę mieć dom, w którym czuję się bezpieczna. Chcę mieć męża, który stoi po mojej stronie.
Nie odpowiedział. Wstał i wyszedł do drugiego pokoju.
Tej nocy długo nie mogłam zasnąć. Myśli kłębiły mi się w głowie: Czy jestem egoistką? Czy mam prawo żądać od niego lojalności wobec mnie? Czy to ja jestem problemem?
Rano obudziłam się z ciężarem na sercu. Krzysiek już wyszedł do pracy. Na stole leżała kartka: „Przepraszam”.
W pracy nie mogłam się skupić. Koleżanka zapytała:
– Coś ty taka przygaszona?
Chciałam jej powiedzieć wszystko – o teściowej, o pieniądzach, o tym, jak bardzo czuję się niewidzialna we własnym domu. Ale tylko wzruszyłam ramionami.
Po południu zadzwoniła mama.
– Córeczko, wszystko w porządku?
Nie wytrzymałam. Rozpłakałam się do słuchawki.
– Mamo… Ja już nie daję rady…
Mama słuchała cierpliwie. Potem powiedziała coś, co długo we mnie zostanie:
– Ivana, czasem trzeba powiedzieć „dość”. Nawet jeśli boli.
Wieczorem usiadłam sama w kuchni i napisałam list do Krzyśka:
„Kocham cię. Ale nie mogę już dłużej żyć w cieniu twojej rodziny. Potrzebuję ciebie – nie jako syna swoich rodziców, ale jako mojego męża. Jeśli tego nie potrafisz… musimy przemyśleć naszą przyszłość.”
Zostawiłam list na stole i wyszłam na spacer po parku Skaryszewskim. Oddychałam głęboko pierwszy raz od miesięcy.
Kiedy wróciłam do domu, Krzysiek siedział przy stole z listem w ręku. Płakał.
– Ivana… Przepraszam. Nie wiedziałem, że aż tak cierpisz.
Usiedliśmy razem i długo rozmawialiśmy – pierwszy raz szczerze od dawna. Ustaliliśmy zasady: żadnych pieniędzy bez wspólnej decyzji, żadnych telefonów po dwudziestej pierwszej. Postanowiliśmy pójść razem na terapię dla par.
Nie wiem, czy to wystarczy. Ale wiem jedno: muszę walczyć o siebie.
Czasem patrzę w lustro i pytam samą siebie: Ile jeszcze jestem w stanie poświęcić dla innych? Czy naprawdę muszę wybierać między sobą a rodziną męża? Co wy byście zrobili na moim miejscu?