„Nie chcę tu mieszkać!” – Jak teściowa zniszczyła nasz dom i małżeństwo

– Nie chcę tu mieszkać! – krzyknęłam, czując jak głos łamie mi się w gardle. Stałam na środku pustego salonu, w którym jeszcze pachniało świeżą farbą, a echo moich słów odbijało się od gołych ścian. Michał, mój mąż, spuścił wzrok, jakby nagle podłoga stała się najciekawszą rzeczą na świecie. Za jego plecami stała ona – teściowa, pani Halina, z zaciśniętymi ustami i wzrokiem, który mógłby zamrozić wodę w szklance.

– Marto, nie przesadzaj – powiedziała chłodno. – To najlepsze, co mogliście dostać. Michał się starał, a ty tylko narzekasz.

Poczułam, jak łzy napływają mi do oczu. To nie był mój dom. To był dom Haliny, jej wybór, jej decyzja. Michał nawet nie zapytał mnie o zdanie, kiedy podpisywał umowę. Wszystko działo się tak szybko – „okazja”, „blisko rodziny”, „przestrzeń dla dzieci”. Tylko że ja nie chciałam mieszkać na obrzeżach Warszawy, z dala od mojej pracy, przyjaciół i wszystkiego, co znałam.

Wszystko zaczęło się kilka miesięcy wcześniej. Mieszkaliśmy wtedy w małym mieszkaniu na Mokotowie. Było ciasno, ale czułam się tam bezpiecznie. Michał coraz częściej wspominał o przeprowadzce. – Mama mówi, że powinniśmy pomyśleć o czymś większym – powtarzał. – Dzieci będą miały ogród, a ona pomoże nam przy opiece.

Nie chciałam tego. Wiedziałam, jak wygląda „pomoc” Haliny – kontrola, krytyka, wieczne poprawianie wszystkiego, co robię. Ale Michał był uparty. Pewnego dnia wrócił do domu z kluczami w ręku i uśmiechem na twarzy.

– Znalazłem dom! – oznajmił triumfalnie. – Mama już wszystko załatwiła. Możemy się wprowadzać za dwa tygodnie.

Poczułam się zdradzona. Nie było rozmowy, wspólnego planowania. Była decyzja podjęta za mnie. Przez kolejne dni chodziłam jak cień. Michał nie rozumiał mojego rozgoryczenia.

– Przesadzasz – mówił. – Robię to dla nas.

Ale to nie było dla nas. To było dla niej.

Przeprowadzka była koszmarem. Halina była wszędzie – rozstawiała meble, wybierała kolory ścian, decydowała o wszystkim. Ja byłam tylko dodatkiem, kimś, kto miał się dostosować.

Pierwsze tygodnie w nowym domu były jak życie w obcym kraju. Każdego dnia czułam się coraz bardziej samotna. Michał wracał późno z pracy, a ja zostawałam sama z dziećmi i Haliną, która wpadała „pomóc”.

– Marta, nie tak się gotuje rosół – poprawiała mnie przy obiedzie. – Dzieci powinny chodzić spać wcześniej. Ty nic nie rozumiesz.

Czułam się jak intruz we własnym domu. Zaczęłam unikać wspólnych posiłków, zamykać się w łazience pod pretekstem długiej kąpieli. Michał tego nie widział albo nie chciał widzieć.

Pewnego wieczoru wybuchłam.

– Dlaczego pozwalasz jej decydować o naszym życiu? – zapytałam z rozpaczą w głosie.

Michał wzruszył ramionami.

– Przesadzasz. Mama chce dobrze.

– A ja? Ja się nie liczę?

Nie odpowiedział.

Z czasem zaczęliśmy się coraz częściej kłócić. O drobiazgi: o to, gdzie postawić stół, jakie kupić zasłony, kiedy jechać na zakupy. Ale tak naprawdę kłóciliśmy się o coś więcej – o moje poczucie bezpieczeństwa, o szacunek, o prawo do decydowania o własnym życiu.

Halina była zawsze obecna – nawet kiedy jej nie było fizycznie, czułam jej cień za plecami. Każda rozmowa z Michałem kończyła się jej imieniem.

– Mama mówiła…
– Mama uważa…
– Mama wie lepiej…

Zaczęłam mieć problemy ze snem. Budziłam się w środku nocy z uczuciem lęku i żalu. Zastanawiałam się, czy to jeszcze mój dom, czy już tylko miejsce, w którym mieszkam z dziećmi.

Pewnego dnia zadzwoniła moja mama.

– Marto, co się dzieje? Jesteś inna przez telefon…

Nie wytrzymałam i rozpłakałam się.

– Mamo, ja tu nie chcę być… Czuję się jak gość we własnym życiu.

Mama milczała przez chwilę.

– Musisz porozmawiać z Michałem. Tak dalej być nie może.

Próbowałam jeszcze raz. Usiadłam z Michałem wieczorem przy kuchennym stole.

– Michał… Ja naprawdę nie daję już rady. Potrzebuję, żebyś był po mojej stronie. Żebyśmy byli rodziną, a nie marionetkami twojej mamy.

Spojrzał na mnie zmęczonym wzrokiem.

– Nie wiem, co mam zrobić… Ona tylko chce pomóc.

Wtedy zrozumiałam, że on nie widzi problemu. Albo nie chce go zobaczyć.

Minęły kolejne miesiące. Z każdym dniem czułam się coraz bardziej samotna i niewidzialna. Dzieci zaczęły pytać, dlaczego mama jest smutna. Nie umiałam im odpowiedzieć.

Dziś siedzę na tarasie tego domu i patrzę na ogród, który miał być naszym rajem. Zamiast szczęścia czuję pustkę i żal. Czy można jeszcze odbudować zaufanie i rodzinę po tylu ranach? Czy ktoś z was też musiał wybierać między sobą a rodziną męża? Co byście zrobili na moim miejscu?