Wstyd mojej córki: Opowieść o miłości, dumie i niesprawiedliwości

— Mamo, proszę cię, nie przychodź dziś do nas. Michał zaprosił swoich rodziców na kolację, nie chcę, żeby było niezręcznie — głos mojej córki, Agaty, drżał lekko, ale był stanowczy. Stałam w kuchni mojego małego mieszkania na Pradze, ściskając w dłoni telefon tak mocno, że aż zbielały mi knykcie. Przez chwilę nie mogłam wydusić z siebie słowa. W głowie dudniło mi tylko jedno: „Nie chcę, żeby było niezręcznie”. Czy to ja jestem tym powodem do wstydu?

Jeszcze kilka lat temu Agata przychodziła do mnie codziennie. Zawsze miała coś do opowiedzenia — o studiach, o koleżankach, o marzeniach. Była moją dumą. Wychowywałam ją sama, po tym jak jej ojciec odszedł do innej kobiety. Pracowałam na dwa etaty: rano sprzątałam w szkole podstawowej, a wieczorami dorabiałam jako opiekunka do starszych osób. Nie było nas stać na wiele, ale nigdy nie brakowało nam czułości i rozmów. Agata powtarzała: „Mamo, kiedyś ci się odwdzięczę”.

Kiedy poznała Michała, byłam szczęśliwa. Widziałam, jak jej oczy błyszczą, gdy o nim mówi. Michał pochodził z zamożnej rodziny z Wilanowa. Jego rodzice mieli własną firmę budowlaną i dom z ogrodem. Na początku czułam się onieśmielona ich stylem życia — eleganckie kolacje, drogie prezenty na święta, rozmowy o wakacjach za granicą. Ale myślałam: „To nie ma znaczenia, ważne że Agata jest szczęśliwa”.

Z czasem zaczęłam zauważać drobne zmiany. Agata coraz rzadziej dzwoniła. Gdy przychodziłam do nich w odwiedziny, była spięta. Raz usłyszałam, jak Michał mówi do niej w kuchni: „Może lepiej niech twoja mama nie przynosi tych swoich ciast na rodzinne spotkania. Moja mama piecze lepiej”. Udawałam, że nie słyszę.

Najgorsze przyszło po narodzinach ich synka, Antosia. Chciałam pomóc Agacie — gotować dla niej obiady, sprzątać mieszkanie, zająć się wnukiem. Ale ona coraz częściej odmawiała. „Mamo, nie musisz przychodzić codziennie. Mamy pomoc domową” — mówiła chłodno. Czułam się zbędna.

Pewnego dnia zadzwoniła do mnie sąsiadka: „Jadwiga, widziałam twoją córkę z teściową na zakupach w Galerii Mokotów. Ale ciebie tam nie było?” Zrobiło mi się przykro. Zawsze marzyłam, żeby pójść z Agatą na zakupy — nawet jeśli tylko po tanie rzeczy na bazarze.

Próbowałam rozmawiać z Agatą o tym wszystkim. „Córeczko, czy coś się stało? Czemu mnie unikasz?” — zapytałam pewnego wieczoru przez telefon.

— Mamo… Po prostu… Michałowi jest czasem głupio przed swoimi rodzicami. Oni mają inne zwyczaje… Ty zawsze pytasz o pieniądze, o rachunki… Oni tego nie rozumieją — odpowiedziała cicho.

Poczułam się tak, jakby ktoś uderzył mnie w twarz. Czy naprawdę jestem dla niej powodem do wstydu? Czy całe moje życie — te wszystkie lata ciężkiej pracy i wyrzeczeń — są teraz czymś, czego ona się wstydzi?

Od tamtej pory widywałyśmy się coraz rzadziej. Na święta Bożego Narodzenia dostałam zaproszenie dopiero w Wigilię rano. Siedziałam przy stole obok Michała i jego rodziców, którzy rozmawiali o nowym samochodzie i planach na narty w Alpach. Ja przyniosłam własnoręcznie robiony makowiec — nikt go nawet nie spróbował.

Po kolacji Agata podeszła do mnie i szepnęła: „Mamo, następnym razem może lepiej kup coś gotowego…”

Wróciłam do domu i płakałam całą noc.

Z czasem zaczęłam unikać spotkań rodzinnych. Czułam się jak intruz we własnej rodzinie. Michał coraz częściej rzucał kąśliwe uwagi: „Twoja mama chyba nie rozumie naszych zwyczajów” albo „Może lepiej będzie, jak zostaniemy tylko w gronie najbliższych”.

Agata przestała dzwonić prawie całkowicie. Ostatni raz widziałam ją na urodzinach Antosia — przyszłam z pluszowym misiem kupionym na bazarze. Michałowa matka wręczyła wnukowi rowerek za tysiąc złotych. Agata spojrzała na mnie z zażenowaniem i powiedziała: „Mamo, następnym razem nie musisz nic przynosić”.

Wróciłam do pustego mieszkania i długo patrzyłam na zdjęcia Agaty z dzieciństwa. Przypomniałam sobie jej słowa: „Mamo, kiedyś ci się odwdzięczę”. Czy to jest ta wdzięczność?

Czasem spotykam ją przypadkiem na ulicy — zawsze jest zabiegana, zawsze gdzieś się spieszy. Mówi: „Przepraszam mamo, muszę lecieć” i znika za rogiem.

Ostatnio zachorowałam na grypę i przez tydzień nie wychodziłam z domu. Nikt nie zadzwonił zapytać, czy czegoś potrzebuję. Nawet Agata.

Siedzę teraz przy oknie i patrzę na dzieci bawiące się na podwórku. Myślę o tym wszystkim i pytam siebie: gdzie popełniłam błąd? Czy naprawdę bieda jest powodem do wstydu? Czy miłość matki można przeliczyć na pieniądze?

Czasem chciałabym jej powiedzieć: „Agato, kochałam cię zawsze najmocniej jak umiałam. Może nie miałam pieniędzy ani luksusów, ale miałam serce pełne miłości”.

Ale czy ona jeszcze to pamięta? Czy dzisiejszy świat naprawdę nie zostawia miejsca dla takich matek jak ja?

Może to ja jestem już reliktem przeszłości? Może miłość matki dziś już nic nie znaczy? Co wy o tym myślicie?