Przestałam wspierać finansowo mojego syna – od roku nie widziałam wnuczki. Czy naprawdę byłam tylko portfelem?

– Mamo, nie rozumiesz, ja naprawdę tego potrzebuję! – głos Pawła drżał, a ja czułam, jak ściska mnie w gardle. Siedział naprzeciwko mnie przy kuchennym stole, a jego oczy – te same, które całowałam, gdy był małym chłopcem – teraz patrzyły na mnie z wyrzutem i złością. – Paweł, ja już nie mogę… – zaczęłam cicho. – Jestem na emeryturze. Moja renta ledwo starcza na opłaty i leki. – Ale przecież zawsze mi pomagałaś! – przerwał mi gwałtownie. – Zawsze mogłem na ciebie liczyć!

To był ostatni raz, kiedy widziałam mojego syna i moją ukochaną wnuczkę, Zosię. Minął już rok. Rok ciszy, rok łez i bezsenności. Każdego dnia patrzę na zdjęcie Zosi stojące na komodzie w salonie i pytam siebie: gdzie popełniłam błąd? Czy naprawdę byłam dla Pawła tylko portfelem?

Przez całe życie robiłam wszystko, by Paweł miał lepiej niż ja. Wychowywałam go sama – jego ojciec zniknął z naszego życia, gdy Paweł miał zaledwie trzy lata. Pracowałam na dwa etaty: rano w szkole jako woźna, popołudniami sprzątałam w biurach. Gdy miałam czterdzieści lat, dostałam pracę w urzędzie miasta – wreszcie mogłam odetchnąć, kupić Pawłowi komputer, wysłać go na kolonie. Nigdy nie narzekałam, choć czasem bolały mnie plecy tak bardzo, że nie mogłam spać.

Paweł był moim oczkiem w głowie. Wszystko robiłam dla niego. Kiedy dostał się na studia do Warszawy, sprzedałam rodzinny pierścionek po babci, żeby zapłacić za akademik i książki. Byłam dumna, gdy został inżynierem. Potem poznał Kasię – piękną, cichą dziewczynę z sąsiedztwa. Wzięli ślub, urodziła się Zosia. Myślałam wtedy: „Teraz będziemy prawdziwą rodziną”.

Ale życie napisało inny scenariusz. Paweł coraz częściej dzwonił z prośbą o pieniądze: na remont mieszkania, na samochód, na wakacje dla Zosi. Pomagałam, ile mogłam – czasem musiałam pożyczać od sąsiadki albo rezygnować z leków. Nie mówiłam mu o tym. Bałam się, że poczuje się winny.

Wszystko zmieniło się rok temu. Dostałam pismo z ZUS-u: moja emerytura będzie niższa niż się spodziewałam. Musiałam zacisnąć pasa. Kiedy Paweł zadzwonił z kolejną prośbą – tym razem o kilka tysięcy złotych na nową pralkę – powiedziałam mu prawdę.

– Synku, nie mam już pieniędzy. Sama ledwo wiążę koniec z końcem.

Zapadła cisza. Potem usłyszałam tylko: – Rozumiem.

Od tamtej pory nie odezwał się ani razu. Nie odbiera moich telefonów, nie odpisuje na wiadomości. Próbowałam jechać do nich do domu – Kasia otworzyła drzwi tylko na chwilę.

– Paweł nie chce z tobą rozmawiać – powiedziała cicho i zamknęła drzwi przed moim nosem.

Zosia… Moja mała Zosia! Miała wtedy pięć lat. Zawsze biegła do mnie z otwartymi ramionami, wołała: „Babciu! Babciu!” Teraz nawet nie wiem, czy pamięta mój głos.

Czasami spotykam sąsiadkę spod trójki – mówi mi, że widuje Pawła z Zosią na placu zabaw. Podobno Zosia pyta czasem o babcię, ale Paweł zmienia temat.

Nie rozumiem tego świata. Czy naprawdę wszystko sprowadza się do pieniędzy? Czy matka jest ważna tylko wtedy, gdy daje? Przecież tyle razy siedzieliśmy razem przy stole, śmialiśmy się, wspominaliśmy stare czasy… Czy to wszystko było udawane?

Pamiętam Wigilię sprzed dwóch lat. Paweł przyszedł z rodziną, przyniósł opłatek i makowiec. Zosia śpiewała kolędy, a ja płakałam ze wzruszenia. Wtedy myślałam: „Jestem szczęśliwa”.

Dziś siedzę sama przy stole. Słyszę tylko tykanie zegara i szum lodówki. Czasem dzwoni telefon – to reklama garnków albo banku.

Próbuję sobie tłumaczyć: może Paweł jest zmęczony życiem? Może czuje się winny? Może Kasia go namawia? Ale potem wraca myśl: a może po prostu nigdy mnie nie kochał? Może byłam dla niego tylko źródłem pieniędzy?

Czasami mam ochotę napisać do niego list:

„Synku,
Wiem, że jesteś dorosły i masz swoje życie. Ale ja wciąż jestem twoją matką i bardzo tęsknię za tobą i Zosią. Nie mam już pieniędzy, ale mam serce pełne miłości i wspomnień. Proszę, pozwól mi zobaczyć wnuczkę choćby na chwilę.”

Ale boję się wysłać ten list. Boję się kolejnego odrzucenia.

Czasami myślę o tym wszystkim nocami i pytam siebie: czy naprawdę można stracić dziecko przez pieniądze? Czy to ja popełniłam błąd wychowując Pawła tak, by zawsze mógł liczyć na moją pomoc? Czy powinnam była wcześniej nauczyć go samodzielności?

Może ktoś z was miał podobną historię? Może ktoś potrafi mi powiedzieć: co zrobić? Jak żyć dalej z takim bólem?

Czy naprawdę byłam dla mojego syna tylko portfelem? Czy jeszcze kiedyś usłyszę głos mojej wnuczki?