Ostatni wybór na rozdrożu: Czy pieniądze są warte rozbicia rodziny?

– Iwona, nie rozumiesz? To jest szansa, która się już nie powtórzy! – głos mojego brata Andrzeja drżał od emocji, a jego oczy błyszczały chciwością, której nigdy wcześniej w nim nie widziałam. Stałam przy kuchennym stole, ściskając w dłoniach kubek z zimną już herbatą. Mama siedziała obok, milcząca, z twarzą ukrytą w dłoniach. Ojciec patrzył przez okno na nasze pola, jakby próbował zapamiętać każdy skrawek ziemi, zanim wszystko się zmieni.

Nasz dom zawsze był pełen życia – śmiech dzieci, zapach świeżo upieczonego chleba, odgłosy pracy w polu. Gospodarstwo Kaczmarków istniało od pokoleń. Dla mnie to było coś więcej niż tylko miejsce – to była historia naszej rodziny, wspomnienia dziadków, pierwsze kroki na rosie o świcie, pierwsza miłość pod starym dębem. Ale teraz wszystko miało się zmienić.

Propozycja przyszła nagle. Firma deweloperska z Łodzi chciała kupić naszą ziemię pod budowę osiedla domków jednorodzinnych. Kwota była oszałamiająca – za te pieniądze moglibyśmy kupić mieszkania w mieście, podróżować po świecie, nie martwić się o przyszłość. Andrzej od razu był za. Ja… nie potrafiłam sobie wyobrazić życia gdzie indziej.

– Iwona, nie bądź sentymentalna! – krzyknął Andrzej podczas jednej z wielu kłótni. – Tu nie ma już przyszłości! Zobacz na nasze dłonie – popękane, spracowane. Ile jeszcze lat chcesz tak żyć?

– A ty? – odpowiedziałam cicho. – Ile warte są twoje wspomnienia? Czy naprawdę chcesz sprzedać wszystko, co nas łączy?

Mama płakała nocami. Słyszałam jej cichy szloch zza cienkiej ściany. Ojciec zamknął się w sobie, coraz częściej wychodził na pole sam, jakby chciał pożegnać się z każdym drzewem, każdą grządką ziemniaków. Nawet nasz pies, Burek, wyczuwał napięcie – przestał szczekać na obcych i całymi dniami leżał pod gankiem.

Pewnej nocy usłyszałam rozmowę rodziców. Ojciec mówił szeptem:

– Może Andrzej ma rację… Jesteśmy już starzy, nie damy rady ciągnąć tego wszystkiego sami.

Mama odpowiedziała drżącym głosem:

– Ale co z Iwoną? Ona tu chce zostać…

Wtedy poczułam się zupełnie sama. Jakby nikt nie rozumiał, że dla mnie ta ziemia to nie tylko praca i obowiązki. To dom.

Zaczęły się rodzinne narady. Każdy miał swoje racje. Andrzej przekonywał wszystkich liczbami i obietnicami nowego życia. Ja próbowałam przypomnieć im o tym, co tracimy. Nawet sąsiedzi zaczęli się wtrącać:

– Sprzedajcie! – mówiła pani Zofia z naprzeciwka. – Dzisiaj każdy chce uciekać ze wsi do miasta.

Ale był też pan Marian:

– Dziewczyno, nie pozwól im tego zrobić. Takich miejsc już prawie nie ma.

W końcu doszło do głosowania przy stole. Mama była rozdarta, ojciec milczał. Andrzej patrzył na mnie wyzywająco.

– Iwona, to twój głos zdecyduje.

Czułam się jak zdrajca własnej rodziny. Jeśli powiem „nie”, zatrzymam wszystkich tu na siłę. Jeśli powiem „tak”, stracę wszystko, co kocham.

Przez kolejne dni chodziłam po polach, dotykałam kory starych jabłoni, siadałam nad stawem i patrzyłam na odbijające się w wodzie chmury. Przypominały mi dzieciństwo – beztroskie lato, pierwsze sianokosy z tatą, śmiech mamy podczas zbierania truskawek.

W końcu przyszła decyzja. Spotkaliśmy się wszyscy w kuchni. Andrzej już miał przygotowane dokumenty do podpisu.

– Iwona? – zapytał ojciec cicho.

Spojrzałam na nich wszystkich – zmęczonych, przestraszonych, ale też pełnych nadziei na coś nowego.

– Nie mogę tego zrobić – wyszeptałam. – Nie mogę sprzedać naszego domu.

Andrzej zerwał się z krzesła:

– Jesteś egoistką! Myślisz tylko o sobie! Przez ciebie wszyscy będziemy tu gnić!

Mama zaczęła płakać jeszcze głośniej. Ojciec spuścił głowę.

Przez następne tygodnie w domu panowała cisza. Andrzej przestał się do mnie odzywać. Mama unikała mojego wzroku. Ojciec coraz częściej wychodził na długie spacery.

Pewnego dnia Andrzej spakował walizkę i wyjechał do Łodzi. Nie pożegnał się nawet z Burkiem.

Zostałam sama z rodzicami i poczuciem winy tak ciężkim, że trudno było oddychać.

Minęły miesiące. Gospodarstwo zaczęło podupadać – brakowało rąk do pracy, a ja nie miałam już siły walczyć ze wszystkim sama. Mama zachorowała ze stresu, ojciec zamknął się w sobie jeszcze bardziej.

Czasem myślę: może Andrzej miał rację? Może powinnam była pozwolić im odejść i zacząć nowe życie?

Ale potem wychodzę rano na pole i widzę mgłę unoszącą się nad łąkami, słyszę śpiew ptaków i czuję zapach świeżej ziemi. Wtedy wiem, że to miejsce jest częścią mnie.

Czy pieniądze naprawdę są warte rozbicia rodziny? Czy można kupić spokój sumienia za cenę wspomnień?

Czasem pytam siebie: czy dokonałam właściwego wyboru? A może każdy wybór niesie ze sobą stratę?