Granice serca: Historia matki z Krakowa

— Mamo, przysięgam, to już ostatni raz. Potrzebuję tylko tysiąc złotych, potem wszystko się ułoży — głos Michała drżał, a ja czułam, jak moje serce ściska się z bólu i bezsilności. Siedzieliśmy w kuchni, przy starym stole, na którym leżały nieopłacone rachunki i pogniecione listy z banku. Za oknem padał deszcz, a krople uderzały o parapet jakby chciały zagłuszyć naszą rozmowę.

Michał miał trzydzieści dwa lata. Mój jedyny syn. Odkąd skończył liceum, jego życie toczyło się od jednej porażki do drugiej. Próbował studiów, pracy za granicą, własnego biznesu — wszystko kończyło się fiaskiem. Zawsze wracał do mnie, do naszego mieszkania na Nowej Hucie, z kolejną prośbą o pomoc. A ja? Za każdym razem mówiłam sobie: „To już ostatni raz”. Ale serce matki nie zna granic.

— Michał, nie mam już pieniędzy — powiedziałam cicho, patrząc na jego zmęczoną twarz. — Sama mam długi. Wiesz o tym.

— Ale mamo! — podniósł głos. — Ty zawsze znajdziesz sposób. Może pożyczysz od cioci Zosi? Albo sprzedasz coś z mieszkania? Przecież masz te srebra po babci!

Zacisnęłam dłonie na filiżance. Srebro po babci… Ostatnia pamiątka po mojej matce. Ile jeszcze mogę oddać, żeby ratować dorosłego mężczyznę przed jego własnymi błędami?

Wtedy weszła moja siostra, Zosia. Od razu poczuła napięcie w powietrzu.

— Znowu to samo? — rzuciła z wyrzutem. — Anna, kiedy ty wreszcie powiesz mu „dość”?

— To mój syn — odpowiedziałam słabo.

— Twój syn cię wykorzystuje! — Zosia nie miała litości. — Ile jeszcze będziesz go ratować? On nigdy się nie nauczy!

Michał spojrzał na mnie z wyrzutem, jakby cała wina leżała po mojej stronie. W jego oczach widziałam strach i rozczarowanie. Ale też coś jeszcze — bezradność dziecka, które nigdy nie dorosło.

Po wyjściu Zosi zapadła cisza. Michał spuścił głowę.

— Przepraszam, mamo… Ja naprawdę chcę się zmienić. Tylko… wszystko jest takie trudne.

Podeszłam do niego i pogłaskałam go po włosach, jak wtedy gdy był mały. Pamiętam te czasy: pierwsze kroki, pierwsze słowa, gorączka w nocy i strach o jego zdrowie. Wtedy byłam gotowa oddać wszystko za jego uśmiech. Teraz oddaję wszystko za jego spokój ducha — nawet jeśli to oznacza kolejne wyrzeczenia.

Wieczorem długo nie mogłam zasnąć. W głowie kłębiły mi się myśli: Czy jestem złą matką? Czy powinnam być twardsza? A może to świat jest zbyt okrutny dla takich jak Michał?

Następnego dnia poszłam do pracy w sklepie spożywczym na Kazimierzu. Klienci przychodzili i odchodzili, a ja mechanicznie kasowałam zakupy, myśląc tylko o jednym: skąd wziąć pieniądze dla Michała? Po południu zadzwoniła do mnie dyrektorka szkoły podstawowej, gdzie kiedyś pracowałam jako nauczycielka.

— Aniu, słyszałam o twoich problemach… Może chcesz wrócić na kilka godzin tygodniowo? Potrzebujemy kogoś do świetlicy.

Poczułam ulgę i wstyd jednocześnie. Ulgę, bo to szansa na dodatkowe pieniądze. Wstyd, bo muszę prosić o pomoc i wracać do pracy, której już nie chciałam.

Wieczorem Michał przyszedł znowu. Tym razem był cichy i zamyślony.

— Mamo… Dostałem pracę w magazynie na Rybitwach. Nie jest to nic wielkiego, ale może w końcu coś się zmieni.

Uśmiechnęłam się przez łzy.

— Wierzę w ciebie, synku. Ale musisz nauczyć się radzić sobie sam. Ja już nie mam siły walczyć za nas oboje.

Przez chwilę patrzyliśmy na siebie w milczeniu. W jego oczach zobaczyłam cień nadziei — i strachu przed przyszłością.

Minęły tygodnie. Michał rzeczywiście zaczął pracować, ale co chwilę pojawiały się nowe problemy: szef był wymagający, koledzy nieprzyjemni, pensja niska. Znów wracał do mnie z żalem i prośbami o wsparcie.

W domu atmosfera była coraz gęstsza. Zosia przestała przychodzić, mówiąc że nie chce patrzeć jak „niszczę swoje życie przez dorosłego syna”. Sąsiedzi zaczęli szeptać za plecami: „Ta Anna to dobra kobieta, ale głupia… Syn ją wykończy”.

Czułam się coraz bardziej samotna i zagubiona. Każdego dnia zadawałam sobie pytanie: gdzie kończy się miłość matki, a zaczyna odpowiedzialność za własne życie? Czy mam prawo powiedzieć „dość”? Czy wtedy przestanę być dobrą matką?

Pewnego wieczoru Michał wrócił późno i pijany. Wyrzucił z siebie całą frustrację:

— Wszystko przez ciebie! Gdybyś była inna, miałbym lepsze życie!

Te słowa bolały bardziej niż wszystkie wcześniejsze prośby o pieniądze czy pomoc. Poczułam się zdradzona przez własne dziecko.

Następnego ranka spakowałam srebra po babci i zaniosłam je do lombardu. Otrzymałam za nie niewiele — wystarczyło na spłatę części długów Michała i opłacenie rachunków za prąd.

Wieczorem usiadłam sama przy kuchennym stole i płakałam długo jak nigdy dotąd.

Czy naprawdę jestem winna temu wszystkiemu? Czy miłość matki może być aż tak ślepa? A może czasem trzeba pozwolić dziecku upaść, żeby mogło się podnieść?

Nie wiem już, gdzie kończy się moje serce, a zaczyna granica odpowiedzialności. Może wy mi powiecie: co byście zrobili na moim miejscu?