Gdy choroba puka do drzwi: Córka między obowiązkiem a własnymi granicami

– Mamo, znowu zostaniesz na cały tydzień? – mój głos drży, gdy patrzę, jak mama, Teresa, układa swoje leki na kuchennym stole.

Nie patrzy na mnie. Jej palce drżą, gdy liczy tabletki. – Nie mogę być sama, Aniu. Wiesz, jak się czuję, kiedy jest mi źle. – Jej głos jest cichy, ale nie znosi sprzeciwu.

Zaciskam zęby. To już trzeci tydzień, odkąd mama mieszka ze mną i moją córką, Zosią. Nasze mieszkanie na Pradze jest małe – dwa pokoje, łazienka z pralką w przedpokoju. Napięcie wisi w powietrzu jak ciężka mgła. Zosia ma siedem lat i od kiedy babcia się wprowadziła, stała się cichsza. Wieczorami zamyka się w swoim pokoju i rysuje potwory.

– Mamo, musimy pogadać – zaczynam ostrożnie. – Nie daję już rady ze wszystkim. Pracuję zdalnie, zajmuję się Zosią, a teraz jeszcze tobą…

– Nie chciałam ci przeszkadzać! – przerywa mi ostro. W oczach pojawiają się łzy. – Ale gdybym nie przyszła, kto by mi podał wodę w nocy? Kto by mi zmierzył ciśnienie?

W tym momencie czuję się jak najgorsza córka świata. Zawsze byłam podporą rodziny – po śmierci taty pięć lat temu wszystko spadło na mnie. Moja siostra, Marta, mieszka w Hamburgu i dzwoni tylko od święta. „Ania sobie poradzi”, mówią wszyscy. Ale nikt nie pyta, jak ja się czuję.

Mama kaszle i kuli się na krześle. Serce ściska mi strach i złość jednocześnie. Jej choroba – przewlekła astma i nadciśnienie – czyni ją bezbronną, ale też potrafi być manipulacyjna. Zawsze wiedziała, jak sprawić, żebym czuła się winna.

– Zosiu, chodźmy na spacer! – mówię do córki, która wygląda zza drzwi.

Tylko kiwa głową i łapie kurtkę. Gdy schodzimy po schodach starej kamienicy, czuję jak napięcie na chwilę opuszcza moje ciało.

– Mamo, kiedy babcia wróci do siebie? – pyta cicho Zosia.

– Nie wiem, kochanie. Mam nadzieję, że niedługo.

– Ona płacze w nocy – szepcze.

Ściskam jej rękę mocniej. Jak mam jej wyjaśnić, że dorośli czasem boją się bardziej niż dzieci?

Wieczorem dzwoni Marta przez WhatsAppa. Rozmawiamy na głośniku.

– Ania, nie mogę teraz wziąć urlopu! Wiesz, jak tu ciężko… – tłumaczy się.

– Nie mówię, żebyś przyjeżdżała od razu. Po prostu… rozmawiaj z mamą częściej. Czuje się samotna.

– A ty? Jak ty się trzymasz? – pyta zaskoczona.

Milknę na chwilę. Nikt mnie o to nie pytał od dawna.

– Nie wiem… Jestem zmęczona.

Po rozmowie mama przychodzi do kuchni.

– Aniu, dziękuję ci… Wiem, że ci ciężko ze mną tutaj.

– Mamo, po prostu… potrzebuję trochę przestrzeni. Wszyscy jej potrzebujemy.

Wzdycha ciężko.

– Kiedy byłam młoda i babcia zachorowała, też się nią opiekowałam. Tak już jest w naszej rodzinie.

– Ale wtedy miałaś pomoc! Teraz wszystko jest na mojej głowie!

Patrzy na mnie długo i smutno.

– Może powinnam pogadać z doktorem Nowakiem o jakiejś pomocy domowej…

Po raz pierwszy czuję promyk nadziei. Może jest wyjście z tego zaklętego kręgu winy i poświęcenia.

Następnego dnia dzwonię do OPS-u po asystenta socjalnego. Okazuje się, że lista oczekujących jest długa i procedura powolna. Ale przynajmniej zrobiłam pierwszy krok.

Wieczorem oglądam z Zosią bajkę na kanapie. Mama śpi w drugim pokoju. Po raz pierwszy od tygodni czuję spokój.

Czasem zastanawiam się: gdybym nie była tak odpowiedzialna, czy byłabym szczęśliwsza? Czy po prostu byłabym inną wersją siebie – bardziej egoistyczną, ale mniej zmęczoną?

A wy? Gdzie kończy się nasz obowiązek wobec rodziców, a zaczyna troska o samych siebie?