„Co ty wyprawiasz, Piotrze?!” – Historia o tym, jak jeden człowiek postanowił nie rozdzielać rodzeństwa z domu dziecka i zapłacił za to najwyższą cenę
– Co ty wyprawiasz, Piotrze?! – głos mojej matki rozlega się w kuchni jak wystrzał. – Dziewięcioro dzieci? Zwariowałeś do reszty?
Patrzę na nią, na jej zaciśnięte pięści i oczy pełne strachu. Wiem, że nie chodzi tylko o mnie. Ona boi się o mnie, boi się o te dzieci, boi się, że nie dam rady. Ale ja już podjąłem decyzję.
Jeszcze dwa tygodnie temu byłem zwykłym trzydziestoczteroletnim facetem z Radomia. Pracowałem na kolei, miałem dwupokojowe mieszkanie po babci i życie, które po śmierci żony – Magdy – stało się puste jak nigdy wcześniej. Dwa lata minęły od jej odejścia na raka. Zostawiła mi tylko jedno: obietnicę.
„Nie pozwól, żeby miłość umarła razem ze mną. Daj jej dom.”
Nie wiedziałem wtedy, co to znaczy. Dopiero kiedy pewnego deszczowego popołudnia zepsuł mi się samochód pod domem dziecka na Wierzbickiej, zrozumiałem. Poszedłem tam tylko po telefon. Ale usłyszałem płacz. Piskliwy, rozdzierający płacz.
– Panie Piotrze, niech pan nie wchodzi…
Ale już wszedłem. W małym pokoju stało dziewięć łóżeczek. W każdym – dziecko. Wszystkie czarne włosy, ciemne oczy. Najstarsza może siedem lat, najmłodsza – niemowlę. Pani Basia, wychowawczyni, spojrzała na mnie z rezygnacją.
– Rodzeństwo. Zabrane z interwencji. Matka pijana, ojciec nieznany. Nie ma chętnych na całą dziewiątkę. Rozdzielą ich…
To słowo – „rozdzielą” – przeszyło mnie jak nóż. Przypomniałem sobie Magdę i jej ostatnie słowa.
– A jeśli… jeśli ja bym ich wziął? Wszystkich?
Pani Basia spojrzała na mnie jak na wariata.
– Panie Piotrze… To niemożliwe. To nie Ameryka! Nie ma pan żony, pieniędzy…
Ale już wiedziałem, że muszę spróbować.
Zaczęła się batalia z urzędami. Wywiady środowiskowe, wizyty kuratorów, badania psychologiczne. Moja matka płakała nocami w kuchni.
– Zniszczysz sobie życie! – krzyczała.
Sąsiad z dołu, pan Marian, przestał się ze mną witać.
– Po co ci te cygańskie dzieciaki? – rzucił kiedyś pod nosem.
W pracy patrzyli na mnie jak na idiotę.
– Ty nawet psa nie miałeś! – śmiał się kierownik.
Ale ja już byłem gdzie indziej. Sprzedałem samochód, narzędzia po ojcu i obrączkę Magdy – to bolało najbardziej. Za te pieniądze kupiłem łóżka piętrowe i zapas pieluch.
W końcu przyszła decyzja: zgoda na rodzinę zastępczą dla całej dziewiątki. Podpisałem papiery drżącą ręką.
Pierwsza noc była piekłem. Najmłodsza, Zosia, płakała bez przerwy. Siedmioletnia Ola moczyła się w nocy i chowała pod łóżkiem przed każdym hałasem. Bliźniaczki – Kasia i Basia – biły się o misia. Michałek miał ataki paniki przy zamkniętych drzwiach.
Nie spałem przez trzy dni z rzędu. W pracy ledwo trzymałem się na nogach.
– Piotrze, wyglądasz jak trup! – śmiała się koleżanka z biura.
Ale kiedy patrzyłem na te dzieciaki śpiące razem na jednym materacu, czułem coś dziwnego: spokój.
Z czasem zaczęły się schody codzienności. Pieniądze topniały szybciej niż śnieg w marcu. Zupa na kościach przez tydzień, chleb z margaryną na kolację. Dzieci rosły jak na drożdżach – ubrania trzeba było łatać po kilka razy.
W sklepie ludzie patrzyli podejrzliwie.
– To wszystko pana? – pytała kasjerka.
– Tak, moje – odpowiadałem dumnie.
Ale nie wszyscy byli życzliwi.
– Po co ci tyle dzieci? Chcesz kasę od państwa wyciągnąć? – rzuciła sąsiadka spod piątki.
Czasem wracałem do domu i płakałem w łazience, żeby dzieci nie widziały.
Najtrudniejsze były choroby. Grypa przetaczała się przez mieszkanie jak huragan. Jedno za drugim lądowało w łóżku z gorączką. Siedziałem nocami przy Zosi, licząc jej oddechy i modląc się, żeby nie musieć jechać do szpitala.
Były też chwile szczęścia: pierwszy wspólny śmiech przy stole, kiedy Michałek opowiedział dowcip o krowie; wieczory z bajkami czytanymi na głos; urodziny z tortem upieczonym z resztek kakao i dżemu; Boże Narodzenie z choinką zrobioną z gałęzi przyniesionych ze skweru.
Dzieci zaczęły mówić do mnie „tato”. Najpierw nieśmiało – Ola szeptała to przez sen; potem głośniej – Kasia krzyczała „Tatooo!” przez okno do koleżanek z podwórka.
Ale świat nie dawał nam spokoju.
W szkole nauczycielka zapytała mnie przy wszystkich rodzicach:
– Czy pan naprawdę uważa, że sam wychowa dziewięcioro dzieci?
Na wywiadówkach czułem się jak intruz. Matki szeptały:
– On pewnie bije te dzieci…
– Pewnie pije…
– Coś musi być nie tak…
Czasem miałem ochotę uciec. Ale wtedy patrzyłem na Zosię wtuloną we mnie podczas burzy albo na Olę pomagającą młodszym odrabiać lekcje i wiedziałem: nie mogę ich zawieść.
Minęły lata. Dzieci rosły szybciej niż mogłem nadążyć za ich potrzebami. Michałek zaczął trenować piłkę nożną i pierwszy raz zobaczyłem go uśmiechniętego od ucha do ucha po strzelonym golu. Kasia i Basia dostały się do konkursu recytatorskiego – płakałem ze wzruszenia na widowni.
Ola była moją prawą ręką – gotowała obiady dla całej gromady i pilnowała młodszych podczas moich nocnych zmian w pracy.
Czasem wracałem do domu tak zmęczony, że zasypiałem w ubraniu przy stole kuchennym. Ale zawsze budził mnie dotyk małych rączek i szept:
– Tato… jesteś?
Były też konflikty. Michałek w wieku czternastu lat uciekł z domu po kłótni o ocenę z matematyki. Szukałem go całą noc po Radomiu, aż znalazłem go skulonego pod mostem nad Mleczną.
– Nienawidzę cię! – krzyczał przez łzy.
– Ja ciebie kocham – odpowiedziałem tylko i przytuliłem go mocno.
Z czasem dzieci zaczęły dorastać i odchodzić w świat. Kasia dostała się na medycynę do Warszawy; Basia została nauczycielką w Radomiu; Michałek wyjechał do Anglii za pracą; Ola wyszła za mąż za chłopaka ze szkoły średniej i urodziła bliźniaki.
Dom pustoszał powoli. Każde odejście bolało jak wyrwanie kawałka serca, ale też napawało dumą.
Dziś mam siedemdziesiąt lat. Siedzę sam przy kuchennym stole w tym samym mieszkaniu po babci. Na ścianie zdjęcie: dziewięcioro dzieci ustawionych jak nuty na pięciolinii życia.
W święta wracają do mnie ze swoimi rodzinami – wnuki biegają po korytarzu, a ja patrzę na nich i myślę: czy gdybym wtedy nie poszedł za głosem serca, czy ktoś inny dałby im dom?
Czy miłość naprawdę wystarczy? Czy warto było zapłacić tak wysoką cenę za cudze szczęście?