Zagubiona córka w domu na Hanspaulce: Moja prawda, jej zaprzeczenie

— Wynoś się stąd, słyszysz?! — krzyk pani Věry odbił się echem od marmurowych schodów willi na Hanspaulce. Stałam w holu, mokra od deszczu, z walizką w ręku, a jej słowa cięły mnie jak noże. — Nigdy więcej nie chcę cię tu widzieć! — dodała, a jej oczy płonęły gniewem, którego nie rozumiałam. Przez chwilę miałam ochotę odpowiedzieć, wykrzyczeć jej całą prawdę, ale głos ugrzązł mi w gardle. Zamiast tego odwróciłam się i wyszłam w ciemność, czując, jak łzy mieszają się z kroplami deszczu na mojej twarzy.

Nazywam się Marta Nowicka. Przez ostatnie dwa lata byłam pomocą domową u pani Věry, wdowy po znanym warszawskim architekcie. Jej dom na Hanspaulce był pełen ciszy, starych fotografii i zapachu lawendy. Pracowałam sumiennie, choć nigdy nie czułam się tam mile widziana. Pani Věra była chłodna, wymagająca, czasem wręcz okrutna. Ale ja miałam swój cel — od dziecka wiedziałam, że jestem adoptowana, a jedyną wskazówką była stara fotografia kobiety z willi na Hanspaulce, podpisana „Věra, 1987”.

Przez lata szukałam odpowiedzi. Przeszukiwałam archiwa, rozmawiałam z ludźmi, którzy mogli znać moją biologiczną matkę. W końcu trafiłam do tej willi, zatrudniając się tam pod fałszywym nazwiskiem. Każdego dnia patrzyłam na panią Věrę, próbując dostrzec w niej coś znajomego — gest, spojrzenie, uśmiech. Czasem wydawało mi się, że widzę w jej oczach cień smutku, jakby nosiła w sobie jakąś tajemnicę. Ale ona nigdy nie mówiła o przeszłości. Nawet jej syn, Michał, który odwiedzał ją raz na kilka miesięcy, nie wiedział nic o moim istnieniu.

Tamtego wieczoru, kiedy deszcz bębnił o szyby, a ja sprzątałam salon, znalazłam w szufladzie list. Był zaadresowany do „Mojej ukochanej córeczki, Martusi”. Zamarłam. Rozpoznałam pismo z dokumentów adopcyjnych. Drżącymi rękami otworzyłam kopertę. „Wybacz mi, jeśli kiedyś mnie odnajdziesz. Musiałam cię oddać, bo nie miałam wyboru. Zawsze będziesz moją córką. V.”

Nie wiem, jak długo stałam z tym listem w dłoni. W końcu usłyszałam kroki. Pani Věra weszła do salonu, spojrzała na mnie z pogardą. — Co ty tu robisz? — zapytała lodowatym tonem. — To moje prywatne rzeczy! Oddaj to natychmiast!

— Pani Věro… — zaczęłam, głos mi się łamał. — Ja… ja jestem Martą. Martą, twoją córką. — Słowa wypłynęły ze mnie, zanim zdążyłam się powstrzymać. Przez chwilę widziałam w jej oczach szok, potem gniew. — Kłamiesz! — wrzasnęła. — Ty podła dziewucho, jak śmiesz! Wynoś się stąd!

Nie próbowałam się tłumaczyć. Wiedziałam, że nie uwierzy. Może nie chciała uwierzyć. Może łatwiej było jej żyć z myślą, że tamta dziewczynka zniknęła na zawsze. Wybiegłam z domu, zostawiając za sobą nie tylko pracę, ale i resztki nadziei na rodzinę.

Przez całą noc błąkałam się po Warszawie. Próbowałam zrozumieć, dlaczego matka, która napisała do mnie list pełen miłości, teraz mnie odrzuca. Czy to duma? Strach przed przeszłością? A może po prostu nie potrafiła już kochać? W głowie słyszałam jej słowa: „Nigdy więcej nie chcę cię tu widzieć”.

Następnego dnia zadzwonił Michał. — Marta, mama jest w szpitalu. Miała atak serca. — Jego głos był cichy, zrozpaczony. — Powiedziała mi wszystko. Prosi, żebyś przyszła.

Wahałam się. Bałam się kolejnego odrzucenia, ale poszłam. W szpitalnej sali zobaczyłam starą, zmęczoną kobietę. Jej oczy były czerwone od płaczu. — Marto… — wyszeptała. — Przepraszam. Bałam się. Nie umiałam cię przyjąć. Zawiodłam cię jako matka.

Usiadłam przy jej łóżku. — Chciałam tylko wiedzieć, kim jestem — powiedziałam cicho. — Całe życie czułam się niechciana. — Pani Věra, moja matka, wyciągnęła do mnie rękę. — Daj mi szansę to naprawić — poprosiła.

Nie wiem, czy potrafię jej wybaczyć. Nie wiem, czy można odbudować coś, co nigdy nie istniało. Ale wiem, że prawda, choć bolesna, jest lepsza niż życie w kłamstwie. Może kiedyś będziemy rodziną. Może nie. Ale przynajmniej już wiem, kim jestem.

Czy można wybaczyć matce, która cię odrzuciła? Czy warto walczyć o rodzinę, nawet jeśli ona nie chce cię znać? Co wy byście zrobili na moim miejscu?