Wyrzuciłam syna i jego ciężarną dziewczynę. I ani trochę nie żałuję.
– Mamo, nie możesz nas tak po prostu wyrzucić! – krzyczał Bartek, a jego głos drżał od gniewu i rozpaczy. Stał w przedpokoju, z torbą w jednej ręce, drugą obejmował Natalię, która ledwo powstrzymywała łzy. Jej brzuch był już wyraźnie zaokrąglony, a ja patrzyłam na nich z mieszanką bólu i chłodnej determinacji.
Nie wiem, czy kiedykolwiek czułam się tak samotna jak wtedy, kiedy zamykałam za nimi drzwi. Ale nie żałuję. Naprawdę nie żałuję.
Byłam samotną matką przez większość życia Bartka. Jego ojciec zostawił nas, kiedy Bartek miał trzy lata. Przez lata walczyłam o każdy grosz, o każdy dzień, żeby niczego mu nie brakowało. Pracowałam na dwa etaty – rano w sklepie spożywczym, wieczorami sprzątałam biura. Nie miałam czasu na własne życie, na przyjaciół, na miłość. Wszystko poświęciłam jemu. Marzyłam, że kiedyś mi się odwdzięczy, że będzie dumny, że wyrośnie na odpowiedzialnego człowieka.
Ale Bartek zawsze był inny. Zamiast pomagać, wymagał coraz więcej. Najpierw drobne pieniądze na kino, potem na nowy telefon, potem na studia, które rzucił po pół roku. Zawsze miał wymówkę. „Mamo, to nie dla mnie”, „Mamo, nie rozumiesz dzisiejszego świata”. Próbowałam rozmawiać, tłumaczyć, prosić. Nic nie działało. Z czasem przestałam się łudzić, że coś się zmieni.
Kiedy przyprowadził Natalię, byłam już zmęczona. Dziewczyna była cicha, nieśmiała, ledwo się odzywała. Widziałam w jej oczach strach i niepewność. Bartek oznajmił, że Natalia jest w ciąży i że będą mieszkać u mnie. Bez pytania, bez żadnej rozmowy. Po prostu postawił mnie przed faktem dokonanym.
Przez pierwsze tygodnie próbowałam się dostosować. Gotowałam dla nich, prałam ich rzeczy, znosiłam bałagan i wieczne narzekania Bartka, że „życie jest niesprawiedliwe”. Natalia była coraz bardziej przygaszona, a Bartek coraz bardziej roszczeniowy. Przestał szukać pracy, całe dnie spędzał przed komputerem albo wychodził z kolegami. Kiedy próbowałam z nim rozmawiać, słyszałam tylko: „Mamo, daj spokój, nie wtrącaj się”.
Pewnego wieczoru wróciłam do domu późno po pracy. W kuchni panował bałagan – brudne talerze, resztki jedzenia na stole, śmieci wysypujące się z kosza. Bartek leżał na kanapie, a Natalia płakała w łazience. Znowu się pokłócili. Znowu o pieniądze. Znowu o to, że „nic im nie daję”.
Wtedy coś we mnie pękło. Poczułam, że nie dam już rady. Że nie mogę być matką dla dorosłego syna i babcią dla dziecka, które nawet nie przyszło jeszcze na świat. Że nie mogę pozwolić, by ktoś – nawet własne dziecko – zniszczył resztki mojego życia.
– Bartek, musisz się wyprowadzić – powiedziałam spokojnie, choć w środku cała się trzęsłam. – Ty i Natalia. Nie mogę was już dłużej utrzymywać.
Najpierw myślał, że żartuję. Potem zaczął krzyczeć, wyzywać mnie od najgorszych. Natalia próbowała go uspokoić, ale on był nie do zatrzymania. W końcu spakowali się w pośpiechu. Bartek rzucił mi na odchodne: „Jeszcze pożałujesz! Zostaniesz sama jak pies!”.
Zostałam sama. Przez pierwsze dni czułam ulgę. Wreszcie cisza, wreszcie porządek, wreszcie mogłam usiąść z herbatą i nie bać się, że ktoś zaraz zacznie się awanturować. Ale potem przyszły wyrzuty sumienia. Czy jestem potworem? Czy dobra matka wyrzuca własnego syna na bruk? Czy powinnam była jeszcze raz spróbować, jeszcze raz wyciągnąć rękę?
Ludzie różnie reagowali na moją historię. Sąsiadka z dołu patrzyła na mnie z pogardą, kiedy spotkałyśmy się na klatce schodowej. „Jak mogłaś? Przecież to twoje dziecko!” – rzuciła z wyrzutem. Inni mówili: „Dobrze zrobiłaś, musiał się w końcu nauczyć odpowiedzialności”. Ale nikt nie znał całej prawdy. Nikt nie widział tych wszystkich lat poświęceń, tych wszystkich nieprzespanych nocy, tych łez w poduszkę, kiedy Bartek wracał pijany albo znikał na całe dni.
Czasem dzwoni do mnie Natalia. Mówi, że jest im ciężko, że Bartek nie może znaleźć pracy, że ona boi się o przyszłość dziecka. Słucham jej i czuję żal – do siebie, do Bartka, do całego świata. Ale wiem, że nie mogę już wrócić do tego, co było. Muszę zadbać o siebie. Muszę nauczyć się żyć dla siebie, a nie dla innych.
Może jestem egoistką. Może jestem złą matką. Ale wiem jedno: każdy ma swoje granice. Ja swoje przekroczyłam już dawno temu.
Czasem patrzę w lustro i pytam siebie: czy mogłam zrobić coś inaczej? Czy naprawdę musiałam wybierać między własnym życiem a życiem mojego syna? Czy to możliwe, żeby miłość matki miała jakieś granice? Może to pytania, na które nigdy nie znajdę odpowiedzi…