Wigilia w cieniu szpitalnych świateł: Jak pokonałem raka i COVID, by znów poczuć magię świąt
— Mamo, czy ja umrę? — zapytałem cicho, patrząc na jej zapuchnięte od płaczu oczy. Była Wigilia, a ja leżałem na oddziale onkologii dziecięcej w Warszawie. Za oknem mrugały światła miasta, a na korytarzu rozbrzmiewały kolędy z radia pielęgniarek. W mojej sali pachniało lekami i cichą rozpaczą. Miałem dziesięć lat i od kilku miesięcy walczyłem z białaczką. Kiedy wydawało się, że gorzej być nie może, przyszedł COVID.
Mama przytuliła mnie mocno, jakby chciała mnie ochronić przed całym złem świata. — Nie mów tak, synku. Jesteś dzielny. Przetrwamy to razem — wyszeptała, choć jej głos drżał. Widziałem, jak bardzo się boi. Tata stał w drzwiach, niepewny, czy wejść. Zawsze był silny, ale teraz jego ramiona opadły bezradnie.
Pamiętam dzień diagnozy. To był zwykły wrześniowy poranek. Poszedłem do szkoły na Mokotowie, a potem nagle zaczęły się omdlenia i siniaki na nogach. Mama zabrała mnie do lekarza. Potem wszystko potoczyło się jak w złym śnie: szpital, badania, igły, kroplówki. Słowa „rak” nikt nie wypowiedział głośno przy mnie, ale wyczytałem je z twarzy rodziców i szeptów lekarzy.
Na oddziale poznałem innych dzieciaków: Janka z Lublina, który miał zawsze uśmiech na twarzy mimo braku włosów; Zosię z Radomia, która rysowała anioły na kartkach papieru i mówiła, że każdy ma swojego stróża. Byliśmy jak rodzina – dzieliliśmy się cukierkami i strachem.
Kiedy przyszła pandemia, wszystko się zmieniło. Odwiedziny ograniczono do minimum. Tata mógł przyjeżdżać tylko raz w tygodniu i tylko na pół godziny. Mama spała na rozkładanym fotelu przy moim łóżku. Pielęgniarki chodziły w maskach i przyłbicach. Czułem się jak w innym świecie – świecie bez dotyku i uścisków.
W listopadzie dostałem gorączki. Najpierw myśleliśmy, że to efekt chemii, ale test wykazał COVID-19. Izolacja była najgorsza. Przez kilka dni nie mogłem nawet widzieć mamy – tylko przez szybę machała mi ręką i wysyłała serduszka z palców. Bałem się bardziej niż kiedykolwiek wcześniej.
— Synku, musisz być silny — powtarzała przez telefon. — My tu jesteśmy, kochamy cię.
W nocy słyszałem płacz innych dzieci i cichy szloch matek za ścianą. Czasem pielęgniarka Basia przynosiła mi kakao i opowiadała dowcipy o lekarzach i pacjentach. — Wiesz, Natanek — mówiła — najważniejsze to nie tracić nadziei. Nawet jak jest bardzo źle.
W grudniu poczułem się lepiej. Wyniki zaczęły się poprawiać. Lekarze mówili o cudzie – rak ustępował, a COVID nie zrobił większych szkód w moich płucach. Ale święta miały być inne niż wszystkie.
W Wigilię przyszła pani psycholog z małą choinką i bombkami z papieru. Razem z innymi dziećmi ozdabialiśmy ją markerami i naklejkami. Każdy napisał swoje życzenie na gwiazdce: „Chcę wrócić do domu”, „Chcę być zdrowa”, „Chcę zobaczyć babcię”. Ja napisałem: „Chcę jeszcze raz poczuć śnieg pod stopami”.
Wieczorem pielęgniarki przyniosły opłatek i barszcz w plastikowych kubkach. Mama przeczytała fragment Ewangelii przez łzy. Tata zadzwonił na wideorozmowę – pokazał choinkę w domu i kota Mruczka, który czekał na mnie na parapecie.
— Natanek — powiedział tata — jesteśmy z ciebie dumni. Jesteś naszym bohaterem.
Wtedy poczułem coś dziwnego – jakby ciepło rozlało się po całym ciele. Może to była magia świąt? Może po prostu ulga, że nie jestem sam?
Po kolacji przyszli wolontariusze przebrani za anioły i Mikołaja. Przynieśli paczki z książkami i pluszakami. Dostałem nową czapkę z napisem „Siła jest w tobie”. Zosia zaśpiewała kolędę „Cicha noc”, a Janek grał na harmonijce.
Tamtej nocy długo nie mogłem zasnąć. Patrzyłem na choinkę i myślałem o wszystkich dzieciach, które nie mogły być w domu na święta. O tych, których już nie było na oddziale.
W styczniu wypisali mnie do domu. Rak był w remisji, COVID minął bez powikłań. Ale ja już nigdy nie byłem tym samym chłopcem co wcześniej.
Dziś wiem jedno: życie jest kruche jak bombka na choince – wystarczy chwila nieuwagi i pęka. Ale dopóki mamy siebie nawzajem, dopóty jest nadzieja.
Czy naprawdę doceniamy to, co mamy? Czy musimy stracić zdrowie lub bliskich, by zrozumieć, co jest najważniejsze? Może warto zatrzymać się choć na chwilę i podziękować za każdy wspólny dzień?