Wakacje, które zamieniły się w koszmar przez moją teściową. Czy kiedykolwiek będę mogła postawić moją rodzinę na pierwszym miejscu?

— Nie wierzę, że to zrobiłaś, mamo! — krzyknęłam, patrząc na nią z niedowierzaniem, kiedy stała w progu naszego mieszkania z walizką w ręku.

Był piątek, godzina osiemnasta. Właśnie kończyłam pakować ostatnią torbę na nasze wymarzone wakacje nad Bałtykiem. Marek, mój mąż, biegał po mieszkaniu, szukając ładowarki do aparatu, a nasza siedmioletnia córka Lara podskakiwała z ekscytacji, wykrzykując: „Jutro morze! Jutro morze!”

Wtedy zadzwonił domofon. Otworzyłam drzwi i zobaczyłam moją teściową, panią Krystynę. Stała tam z miną niewiniątka i walizką, jakby właśnie wróciła z podróży służbowej, a nie przyjechała do nas bez zapowiedzi.

— Cześć, kochanie! — powiedziała słodkim głosem. — Pomyślałam, że was odwiedzę. Tak dawno się nie widzieliśmy!

Zamarłam. Przez chwilę miałam nadzieję, że to żart. Ale nie — Krystyna weszła do środka, rozglądając się po naszym mieszkaniu jak inspektor sanepidu.

— Mamo, my jutro wyjeżdżamy na wakacje — powiedziałam ostrożnie.

— Wiem! Dlatego pomyślałam, że pojadę z wami! Przecież nie widziałam Lary od świąt. A poza tym, Marek na pewno się ucieszy.

Spojrzałam na Marka. Jego twarz była maską uprzejmości, ale znałam go zbyt dobrze — widziałam ten cień paniki w jego oczach.

— Mamo, ale my… — zaczęłam.

— Nie martw się o mnie! — przerwała mi. — Zmieścimy się w samochodzie. A ja mogę spać nawet na podłodze.

Wiedziałam już wtedy, że nasze wakacje są stracone.

Następnego dnia jechaliśmy do Ustki w milczeniu. Krystyna przez całą drogę opowiadała o swoich znajomych z klubu seniora i o tym, jak to „dzisiejsza młodzież” nie potrafi wychowywać dzieci. Lara przestała się cieszyć. Marek zaciskał dłonie na kierownicy tak mocno, że aż zbielały mu knykcie.

Pierwszy dzień nad morzem był jeszcze znośny. Krystyna rozpakowała swoje rzeczy i od razu zaczęła ustawiać wszystko po swojemu. Przestawiła nasze kosmetyki w łazience, przeorganizowała lodówkę i wyjęła własną pościel, bo „na pewno wasza jest za cienka”.

Wieczorem usiedliśmy na tarasie pensjonatu. Marek próbował rozluźnić atmosferę:

— Mamo, może jutro pójdziemy wszyscy razem na plażę?

— Oczywiście! Ale najpierw musimy zjeść porządne śniadanie. Lara nie może jeść tych waszych płatków z mlekiem. Zrobię jej jajecznicę na boczku.

Lara spojrzała na mnie błagalnie. Wiedziała, że nie znosi boczku.

— Mamo… — zaczęłam cicho.

— Nie przesadzaj! Dziecko musi jeść mięso! — ucięła Krystyna.

Czułam, jak narasta we mnie frustracja. Przez kolejne dni było tylko gorzej. Każda nasza decyzja była kwestionowana: gdzie pójdziemy na obiad („Po co wydawać pieniądze na restaurację?”), o której pójdziemy spać („Dziecko powinno być już w łóżku!”), czy Lara może sama budować zamki z piasku („Nie zostawiaj jej samej nawet na chwilę!”).

Pewnego wieczoru nie wytrzymałam.

— Mamo, proszę cię… To są nasze wakacje. Chciałam spędzić czas tylko z Markiem i Larą.

Krystyna spojrzała na mnie z wyrzutem.

— Myślałam, że się ucieszycie. Chciałam pomóc. Ale widzę, że jestem tu niepotrzebna.

Zrobiło mi się głupio i żal jednocześnie. Przecież nie chciałam jej zranić. Ale czy to znaczyło, że zawsze muszę rezygnować z siebie?

Marek próbował mnie pocieszyć:

— Daj spokój, Aniu. To tylko kilka dni. Jakoś przetrwamy.

Ale ja czułam się coraz bardziej osamotniona i bezsilna. Każda próba rozmowy kończyła się kłótnią lub cichym płaczem Lary w poduszkę.

Ostatniego dnia pobytu Krystyna oznajmiła:

— Myślę, że powinniście częściej mnie zapraszać. Lara mnie potrzebuje.

Nie odpowiedziałam. Patrzyłam tylko na morze i czułam, jak łzy cisną mi się do oczu.

Po powrocie do domu długo nie mogłam dojść do siebie. Zaczęłam się zastanawiać: czy kiedykolwiek będę mogła postawić moją rodzinę — Marka i Larę — na pierwszym miejscu? Czy zawsze będziemy musieli żyć pod dyktando innych?

Czasem pytam siebie: czy jestem złą córką i synową, bo chcę mieć własne życie? Czy naprawdę muszę wybierać między lojalnością wobec rodziny a własnym szczęściem?