W cieniu rodzinnych oczekiwań: Moja walka o wolność i szczęście
Już w myślach spakowałam torbę z najpotrzebniejszymi rzeczami, by uciec z dzieckiem od męża i jego rodziny z tej wioski. Siedziałam na zimnej podłodze w kuchni, ściskając w dłoni klucz do starego fiata, którym miałam nadzieję wyjechać jeszcze tej nocy. W pokoju obok spał mój synek, a za cienką ścianą rozlegało się chrapanie teścia. Każdy dźwięk wydawał mi się podejrzany, jakby zaraz ktoś miał wejść i odkryć moje plany.
To nie była moja pierwsza noc z takim zamiarem. Ale tym razem czułam, że jeśli nie zrobię tego teraz, już nigdy nie znajdę w sobie odwagi. Od miesięcy żyłam jak cień samej siebie. Gdy przeprowadziłam się tu po ślubie z Pawłem, naiwnie wierzyłam, że miłość wystarczy. Że jakoś się dogadamy, że wieś mnie nie połknie. Paweł był czuły, obiecywał, że będziemy razem budować dom pełen śmiechu i ciepła. Ale rzeczywistość okazała się inna.
Już pierwszego dnia po ślubie teściowa, pani Genowefa, wręczyła mi fartuch i powiedziała: „Teraz jesteś nasza, Marto. Tu każdy ma swoje obowiązki.” Uśmiechnęła się przy tym tak, że poczułam lodowaty dreszcz na plecach. Nie miałam pojęcia, że to początek mojej niewoli.
Z czasem obowiązki zaczęły mnie przytłaczać. Pobudka o czwartej rano, dojenie krów, karmienie świń, gotowanie dla całej rodziny. Nawet gdy byłam w ciąży, nikt nie pytał, czy dam radę. „My tu wszyscy tak żyjemy” – powtarzała Genowefa. Paweł milczał albo powtarzał za matką: „Nie przesadzaj, Marta. Każdy musi pomagać.”
Najgorsze były wieczory. Siedzieliśmy przy stole – ja, Paweł, teściowie i jego młodszy brat Krzysiek – a rozmowy zawsze schodziły na temat gospodarstwa. „Marta, jutro musisz wyplewić ziemniaki” – rzucała teściowa bez pytania o moje plany czy samopoczucie. Gdy próbowałam zaprotestować, Paweł ucinał krótko: „Nie rób scen.”
Czułam się coraz bardziej samotna. Moja mama mieszkała daleko, w Białymstoku. Dzwoniłam do niej ukradkiem wieczorami.
– Mamo, ja tu nie wytrzymam…
– Córeczko, musisz być silna. Może Paweł się zmieni? – szeptała bez przekonania.
Ale ja wiedziałam, że on się nie zmieni. On już był taki jak oni.
Kiedy urodził się Michaś, myślałam, że coś się odmieni. Że Paweł zobaczy we mnie matkę swojego dziecka i zacznie mnie szanować. Ale było jeszcze gorzej. Teraz miałam jeszcze mniej czasu dla siebie. Michaś płakał nocami, a ja musiałam wstawać do zwierząt o świcie. Teściowa tylko przewracała oczami: „Za naszych czasów kobiety rodziły w polu i zaraz wracały do pracy.”
Pewnego dnia usłyszałam rozmowę Pawła z matką:
– Ona jest za miękka na wieś – powiedziała Genowefa.
– Może trzeba ją trochę przycisnąć – odpowiedział Paweł.
Serce mi zamarło. Poczułam się jak intruz we własnym domu.
Zaczęły się drobne upokorzenia. Genowefa krytykowała wszystko: jak gotuję („Za rzadki rosół!”), jak ubieram Michała („Za lekko! Przeziębi się!”), nawet jak wyglądam („Wyglądasz na zmęczoną – może mniej siedź na telefonie?”). Paweł coraz częściej wychodził do pracy w polu i wracał późno. Wieczorami milczał lub przesiadywał z bratem przed telewizorem.
Któregoś dnia zebrałam się na odwagę:
– Paweł… Ja już nie daję rady. Chciałabym wrócić do pracy w szkole…
Spojrzał na mnie jak na wariatkę.
– Pracy? Tu jest twoja praca! Kto zajmie się gospodarstwem? Matka już nie ma siły!
– Ale ja nie chcę tak żyć…
– To trzeba było nie wychodzić za chłopa ze wsi – rzucił zimno.
Poczułam wtedy pierwszy raz prawdziwą nienawiść do tego miejsca.
Zaczęłam oszczędzać każdy grosz. Sprzedawałam jajka sąsiadce i chowałam pieniądze do starej książki kucharskiej. Wiedziałam, że muszę mieć choćby na bilet do Białegostoku i kilka dni życia na start.
Najtrudniejsze były rozmowy z Michałem:
– Mamusiu, dlaczego płaczesz?
– Bo czasem mamusie są smutne…
– A tata cię bije?
Zamarłam.
– Nie… Tata mnie nie bije…
Ale prawda była taka, że bił mnie słowami i obojętnością.
Pewnej nocy usłyszałam przez ścianę rozmowę teściowej z Pawłem:
– Marta nigdy nie będzie nasza. Ona tylko czeka na okazję, żeby uciec.
– Niech spróbuje – odpowiedział Paweł pogardliwie.
Wtedy już wiedziałam – jeśli zostanę jeszcze jeden dzień dłużej, stracę resztki godności.
Następnego ranka Genowefa przyszła do kuchni wcześniej niż zwykle.
– Dziś przyjeżdża twoja matka – powiedziała oschle.
Zdziwiłam się – mama nic mi nie mówiła.
– Po co?
– Chyba chce zobaczyć wnuka…
Ale gdy mama weszła do domu, zobaczyłam jej zatroskaną twarz i łzy w oczach.
– Marto… Nie mogę patrzeć, jak gaśniesz – wyszeptała mi do ucha podczas spaceru po ogrodzie.
– Mamo… Ja chcę stąd odejść…
– Pomogę ci – powiedziała stanowczo.
Tej nocy spakowałyśmy razem torbę: kilka ubrań dla mnie i Michała, dokumenty, trochę jedzenia na drogę. Mama wyciągnęła ze stanika zwinięte banknoty.
– Na początek wystarczy – szepnęła.
Serce waliło mi jak młotem. Michaś spał wtulony we mnie; bałam się go obudzić. O północy wyszłyśmy tylnymi drzwiami do starego fiata mamy. Zanim odjechałyśmy, obejrzałam się jeszcze raz na dom – ciemny, zimny, obcy.
W drodze do Białegostoku płakałam cicho. Mama trzymała mnie za rękę.
– Wszystko będzie dobrze…
Ale ja nie wierzyłam jeszcze wtedy w szczęśliwe zakończenie.
Pierwsze dni w mieście były trudne. Spałyśmy u mamy w kawalerce na blokowisku. Michaś tęsknił za ojcem; pytał o niego codziennie:
– Kiedy tata przyjedzie?
Nie wiedziałam, co odpowiedzieć.
Paweł dzwonił raz – krzyczał przez telefon:
– Jak mogłaś?! Zniszczyłaś rodzinę!
Rozłączyłam się bez słowa.
Znalazłam pracę jako pomoc nauczyciela w przedszkolu. Nie było łatwo pogodzić wszystko – opiekę nad synem, pracę i własne emocje. Często płakałam nocami ze zmęczenia i strachu przed przyszłością. Ale powoli zaczynałam oddychać pełną piersią.
Po kilku miesiącach Paweł przysłał list:
„Wracaj. Michaś tęskni za domem.”
Odpisałam krótko:
„Dom to miejsce, gdzie człowiek jest kochany i szanowany.”
Nie odpisał już nigdy więcej.
Dziś mija rok od tamtej nocy ucieczki. Michaś chodzi do przedszkola i coraz rzadziej pyta o ojca. Ja zaczynam wierzyć w siebie – zapisałam się na studia podyplomowe z pedagogiki specjalnej. Czasem mijam kobiety na ulicy i zastanawiam się: ile z nich nosi w sobie podobną historię?
Czy naprawdę musimy poświęcać siebie dla cudzych oczekiwań? Czy każda z nas ma odwagę powiedzieć „dość” i zawalczyć o własne szczęście? Może właśnie dziś ktoś przeczyta moją historię i poczuje siłę, by zrobić pierwszy krok…