„To ja zabiłam moją teściową. Ale czy to wystarczyło, by odzyskać siebie?” – Historia Joanny z podwarszawskiej wsi
– Pij, matko – syknęłam przez zaciśnięte zęby, trzymając jej głowę mocno za siwe włosy. – Pij to, co sama mi zgotowałaś.
Teściowa patrzyła na mnie szeroko otwartymi oczami, w których mieszał się strach i niedowierzanie. Jej twarz, zwykle tak pewna siebie i pogardliwa, teraz była wykrzywiona bólem. Próbowała się wyrwać, ale byłam silniejsza – nie fizycznie, lecz z rozpaczy, która dawała mi moc. Wlałam jej do ust ciemny napar z korzeni, który przygotowała dla mnie kiedyś, gdy chciała „oczyścić” mnie z grzechu. Teraz to ona miała poczuć smak własnej trucizny.
Jeszcze trzy dni temu byłam inną kobietą. Matką. Żoną. Córką. Ale wszystko się zmieniło tamtego popołudnia, gdy wróciłam z pola i zobaczyłam, jak teściowa wyrywa mojego synka z kołyski. – On nie jest twój – wrzeszczała. – To bękart! To kara za twoje grzechy!
Mój mąż, Paweł, stał obok jak sparaliżowany. Zawsze był pod jej pantoflem, nigdy nie miał odwagi się jej sprzeciwić. – Mamo, zostaw go – bąknął tylko, ale ona już pędziła przez podwórko do stodoły. Tam, na oczach sąsiadów i moich starszych córek, wrzuciła mojego Stasia do koryta dla świń.
Pamiętam ten dźwięk – pisk dziecka i chrumkanie zwierząt. Rzuciłam się za nim, ale było za późno. Widziałam tylko krew na słomie i słyszałam śmiech teściowej: – Tak kończą dzieci grzesznic!
Od tamtej chwili nie spałam ani minuty. Przez trzy dni chodziłam jak cień po domu, nie odzywając się do nikogo. Paweł pił jeszcze więcej niż zwykle. Córki płakały po kątach. Sąsiedzi szeptali: „Joanna zwariowała”.
Aż przyszedł wieczór, gdy teściowa usiadła w kuchni przy piecu i zaczęła warzyć swoje zioła. Wtedy podeszłam do niej i zrobiłam to, co zrobiłam.
Kiedy upadła na podłogę, wijąc się w konwulsjach, poczułam pustkę. Nie ulgę. Nie satysfakcję. Tylko pustkę.
Wiedziałam, że długo nie będę wolna. Już słyszałam ciężkie kroki Pawła na schodach.
– Co zrobiłaś?! – wrzasnął, widząc matkę na ziemi.
– To ona zabiła Stasia! – krzyknęłam przez łzy.
– Zwariowałaś! To był wypadek! – Paweł złapał mnie za ramiona i potrząsnął tak mocno, że aż uderzyłam głową o ścianę.
Wybiegłam z domu na bosaka, w noc pełną wilgoci i dymu z ognisk sąsiadów. Za mną rozległy się krzyki: „Zabiła starą! Zabiła!”
Wpadłam do stodoły Madzi – mojej przyjaciółki jeszcze z dzieciństwa. Siedziała tam z kilkoma kobietami: Anką od Kowalskich, Zosią spod lasu i Marysią z końca wsi.
– Wiedziałyśmy, że coś się stanie – powiedziała Madzia cicho. – Po tym wszystkim…
– Musisz uciekać – dodała Anka. – Paweł już leci po sołtysa.
– Nie ucieknę daleko – szepnęłam. – Ale nie będę się już chować jak szczur.
Wtedy Zosia spojrzała na mnie z determinacją:
– Może czas skończyć z tym wszystkim? Ile jeszcze będziemy znosić bicie, upokorzenia? Ile dzieci musimy pochować?
W stodole zapadła cisza. Każda z nas miała swoją historię: Madzia straciła męża przez pijaństwo teścia; Anka poroniła po tym, jak mąż ją pobił; Marysia od lat żyła pod jednym dachem z tyranem.
– Co chcesz zrobić? – spytała Marysia.
– Nie wiem… Ale wiem jedno: nie chcę już być ofiarą.
Przez całą noc planowałyśmy. Wiedziałyśmy, że mężczyźni będą szukać mnie po lasach i polach. Ale nie spodziewali się tego, co wydarzyło się rano.
O świcie wyszłyśmy razem na rynek przed kościołem. Było nas dziewięć – wszystkie kobiety ze wsi, które miały już dość milczenia.
– To ja zabiłam swoją teściową! – krzyknęłam tak głośno, że echo poniosło się aż do młyna.
Ludzie zaczęli wychodzić z domów. Ktoś rzucił: „Zamknąć ją!” Inny: „Dobrze zrobiła!”
Sołtys próbował mnie złapać za rękę:
– Joanno, musisz odpowiedzieć za to przed sądem!
Ale wtedy Madzia stanęła przede mną:
– A kto odpowie za śmierć Stasia? Kto odpowie za nasze łzy?
Zrobiło się zamieszanie. Mężczyźni krzyczeli na kobiety; kobiety płakały lub milczały ze spuszczonymi głowami.
Wtedy wyszedł ksiądz proboszcz.
– Dość! – powiedział stanowczo. – Ta wieś od lat żyje w cieniu przemocy i nienawiści. Może czas posłuchać kobiet?
Nikt nie spodziewał się takiego obrotu sprawy. Ksiądz zaproponował zebranie wszystkich mieszkańców w remizie.
Tam opowiedziałam swoją historię od początku do końca. O tym, jak teściowa znęcała się nade mną przez lata; jak Paweł nigdy mnie nie bronił; jak sąsiedzi odwracali wzrok.
Jedna po drugiej kobiety zaczęły mówić o swoich krzywdach: o biciu, gwałtach, upokorzeniach; o dzieciach zabieranych do domów dziecka; o strachu przed własnym mężem.
Mężczyźni patrzyli na nas jak na obce istoty. Niektórzy płakali ze wstydu; inni wychodzili trzaskając drzwiami.
Po kilku godzinach zapadł wyrok: nie pójdę do więzienia. Zostanę pod nadzorem sąsiadów i księdza; będę pracować dla wspólnoty przez rok.
Ale najważniejsze było coś innego: kobiety zaczęły się spotykać regularnie w remizie; powstało Koło Gospodyń Wiejskich „Nadzieja”. Zaczęłyśmy wspierać się nawzajem, uczyć się czytać i pisać; pomagać sobie przy porodach i chorobach dzieci.
Paweł wyprowadził się do miasta. Nigdy więcej go nie widziałam.
Czasem budzę się w nocy zlana potem i słyszę płacz Stasia. Wtedy pytam siebie: czy zemsta była tego warta? Czy mogłam zrobić coś inaczej?
Może nigdy sobie nie wybaczę… Ale czy wy byście potrafili? Czy można odzyskać siebie po takim piekle?