Setki motocyklistów na pogrzebie chłopca, którego nikt nie chciał pochować – historia, która poruszyła całe miasto
– Nikt nie przyjdzie, panie Maniek. Nikt. – Głos Emila drżał w słuchawce, a ja czułem, jak ściska mnie w gardle. – Chłopiec ma dziesięć lat. Umarł wczoraj na onkologii. Nawet rodzina zastępcza nie chce się pojawić.
Siedziałem przy kuchennym stole, patrząc na zimną kawę i zdjęcie mojej zmarłej żony. Pięć lat temu Emil pochował ją z godnością, gdy rak zabrał ją w kilka miesięcy. Obiecałem sobie wtedy, że jeśli kiedyś będzie mnie potrzebował, nie odmówię.
– Emil, co mam zrobić? – spytałem cicho.
– Potrzebuję ludzi do trumny. Kogoś, kto po prostu będzie. On nie wybrał sobie ojca – dodał po chwili.
Wiedziałem już wszystko. Chłopiec był synem Marka Łuczyńskiego – tego samego, który cztery lata temu zabił trzech ludzi w porachunkach gangsterskich. Cała Polska o tym mówiła. Marek siedzi w Strzelcach Opolskich na dożywociu. Matka zmarła przy porodzie, babcia dostała wczoraj zawału i leży nieprzytomna na OIOM-ie.
Spojrzałem na swoje dłonie – szorstkie, poplamione smarem. Byłem prezesem klubu motocyklowego Wilki z Pragi. Moi ludzie to byli mechanicy, kierowcy TIR-ów, czasem faceci po przejściach. Ale wszyscy mieliśmy serca.
Wstałem i zadzwoniłem do klubu.
– Słuchajcie, jest sprawa – powiedziałem do mikrofonu CB radia. – Dziecko idzie dziś pod ziemię samo, bo nikt nie chce być na jego pogrzebie. Nie zmuszam nikogo, ale jeśli ktoś uważa, że żaden dzieciak nie powinien odchodzić samotnie, spotkajmy się pod zakładem Emila za dwie godziny.
W klubie zapadła cisza. W końcu odezwał się Staszek „Kret”:
– Mój syn miałby dziś dziesięć lat…
– Mój też – dodał cicho „Kudłaty”.
Nie musiałem mówić nic więcej.
Dwie godziny później parking przed zakładem pogrzebowym pękał w szwach. Przyjechali Wilki z Pragi, Orły z Ursynowa, nawet stare chłopaki z Watahy z Grochowa, z którymi od lat się nie odzywaliśmy. Przyjechali też zwykli ludzie – ktoś wrzucił info na Facebooka i nagle pojawiły się całe rodziny z dziećmi.
Emil stał przed kaplicą blady jak ściana.
– Maniek… ja nie sądziłem…
Nie dokończył, bo rozległ się ryk silników. Ponad dwieście motocykli ustawiło się w szpalerze. Ktoś przyniósł białe róże, ktoś inny pluszowego misia. Jeden z chłopaków położył na trumnie dziecięcą kurtkę motocyklową z naszywką „Wilk Honorowy”.
W kaplicy panowała cisza. Trumna była mała i biała. Obok leżały tanie kwiaty ze szpitala.
– To wszystko? – spytał cicho „Sęp”, patrząc na Emila.
– Protokół… – zaczął Emil.
– Pieprzyć protokół – mruknął ktoś z tyłu.
Ludzie zaczęli podchodzić do trumny. Każdy zostawiał coś od siebie: zabawkę, rysunek, list. Ktoś ukląkł i zaczął się modlić.
Nagle Emil dostał telefon. Zbladł jeszcze bardziej.
– To więzienie… Marek Łuczyński wie już o śmierci syna. Jest pod nadzorem – boją się o jego życie. Pyta, czy ktoś przyszedł na pogrzeb Tomka.
Zapadła cisza.
– Połącz go na głośnomówiący – powiedziałem stanowczo.
Po chwili w kaplicy rozległ się chrapliwy głos:
– Halo? Jest tam ktoś? Czy ktoś jest przy moim Tomku?
Podszedłem bliżej mikrofonu.
– Marek, tu Maniek z Wilków z Pragi. Jest nas tu ponad dwieście osób. Każdy przyszedł dla twojego syna.
Po drugiej stronie zapadła cisza, a potem usłyszeliśmy szloch dorosłego mężczyzny.
– On kochał motocykle… Zawsze chciał być taki jak wy… Przepraszam… Przepraszam za wszystko…
Nie wiedziałem, co powiedzieć. W końcu odezwałem się:
– Marek, twój syn jest dziś jednym z nas. Każda nasza jazda będzie dla niego. Każda minuta ciszy na trasie będzie dla niego.
Marek płakał długo. Potem zaczął mówić o Tomku: o tym, jak był dzielny podczas chemii, jak kochał dinozaury i marzył o własnej motorynce. Przepraszał za swoje błędy i prosił nas, byśmy pamiętali o jego dziecku.
Wyszliśmy z kaplicy w milczeniu. Trumna została wyniesiona przez czterech motocyklistów w skórzanych kurtkach. Za nimi szedł tłum ludzi – sąsiadów, obcych, dzieciaków z osiedla.
Na cmentarzu ktoś zaczął grać na harmonijce „Ciszę”. Ktoś inny zapalił race w barwach klubowych. Nad grobem stało ponad dwieście osób – wszyscy płakali.
Po pogrzebie wróciliśmy do klubu. Nikt nie miał ochoty na piwo ani śmiechy. Siedzieliśmy w ciszy, każdy ze swoimi myślami.
Wieczorem zadzwonił Emil:
– Marek żyje. Powiedział mi przez telefon: „Dzięki nim wiem, że mój syn nie był sam”.
Od tamtej pory co roku organizujemy rajd pamięci Tomka Łuczyńskiego. Jego zdjęcie wisi u nas na ścianie obok innych „Wilków Honorowych”.
Czasem myślę: ilu jeszcze takich dzieciaków odchodzi samotnie? Ilu ludziom wystarczyłoby jedno dobre słowo albo obecność drugiego człowieka? Czy naprawdę tak trudno być po prostu człowiekiem?