Pięć lat w cieniu: Jak matka z Mazur walczyła o prawdę po zniknięciu córki
— Gdzie ona jest, do cholery?! — wrzasnęłam, rzucając telefonem o stół. Głos mojego męża, Andrzeja, rozbrzmiał z kuchni: — Przestań, Ewa, to nic nie da! — Ale co mam robić?! — łzy napłynęły mi do oczu. — Magda nie wróciła już trzeci dzień, a policja tylko wzrusza ramionami!
Wtedy jeszcze nie wiedziałam, że to dopiero początek mojego koszmaru. Pięć lat temu, w czerwcowy wieczór, moja siedemnastoletnia córka Magda wyszła z domu w Giżycku. Miała spotkać się z nowym chłopakiem, Pawłem. Wróciła późno, rozpromieniona, opowiadała o nim z błyskiem w oku. Kilka dni później powiedziała: „Mamo, jadę z Pawłem nad jezioro. Wrócę wieczorem.” Nie wróciła nigdy.
Początkowo myślałam, że się pokłócili i wróci za dzień czy dwa. Ale minął tydzień. Potem miesiąc. Policja przyjęła zgłoszenie, ale od początku czułam ich obojętność. — Pewnie uciekła z chłopakiem — powiedział jeden z funkcjonariuszy. — Młodzi tak mają.
Nie mogłam tego słuchać. Zaczęłam szukać na własną rękę. Przesłuchiwałam znajomych Magdy, chodziłam po okolicznych wsiach, rozwieszałam plakaty. Andrzej coraz częściej zamykał się w sobie, a ja czułam się coraz bardziej samotna w tej walce.
— Może rzeczywiście uciekła? — zapytał kiedyś cicho Andrzej. — Może nie chciała już tu być?
— Nie! — krzyknęłam. — Znam swoją córkę! Coś jej się stało!
W nocy nie spałam. Siedziałam przy oknie i patrzyłam na drogę prowadzącą do lasu. Każdy samochód, każdy szelest budził nadzieję i strach jednocześnie. W głowie miałam obrazy: Magda biegnąca przez las, Magda wołająca o pomoc…
Po dwóch miesiącach zadzwonił Paweł. — Nie wiem, gdzie jest Magda — powiedział drżącym głosem. — Pokłóciliśmy się nad jeziorem i ona poszła sama w stronę lasu. Szukałem jej, ale…
Nie wierzyłam mu. Coś w jego głosie było nie tak. Pojechałam do jego domu w Wilkasach. Jego matka otworzyła drzwi i spojrzała na mnie z litością.
— Pani Ewo, Paweł jest załamany…
— Chcę z nim porozmawiać! — przerwałam jej.
Paweł siedział skulony na kanapie. Patrzył na mnie szeroko otwartymi oczami.
— Powiedz mi prawdę — wyszeptałam. — Co się stało tamtego dnia?
— Pokłóciliśmy się… Ona była zła… Powiedziała, że mam ją zostawić…
— I zostawiłeś ją samą w lesie?!
Zaczął płakać. Jego matka objęła go ramieniem.
— Proszę już iść…
Wyszłam stamtąd z poczuciem bezsilności i gniewu. Policja nie chciała przesłuchać Pawła ponownie. „Nie ma dowodów na przestępstwo” – powtarzali.
Zaczęły się plotki. Sąsiadki szeptały za moimi plecami: „Może Magda była w coś zamieszana? Może sama uciekła?”
Andrzej coraz częściej znikał z domu, wracał pijany. Nasze małżeństwo zaczęło się sypać.
— To twoja wina! — krzyczał pewnego wieczoru. — Zawsze ją kontrolowałaś! Może dlatego uciekła!
— Jak możesz tak mówić?! — łzy spływały mi po policzkach.
Wtedy pierwszy raz pomyślałam o śmierci. O tym, jak łatwo byłoby po prostu przestać czuć ten ból.
Ale nie mogłam się poddać. Dla Magdy.
Zaczęłam pisać bloga o jej zaginięciu. Pisały do mnie inne matki – z Olsztyna, Suwałk, nawet z Warszawy. Ich dzieci też zniknęły bez śladu.
Pewnego dnia odebrałam anonimowy telefon:
— Widziałem twoją córkę w Ełku — powiedział mężczyzna niskim głosem i rozłączył się.
Pojechałam tam natychmiast. Przeszukałam dworce, hostele, pytałam ludzi na ulicy. Bez skutku.
Zaczęłam podejrzewać wszystkich: Pawła, jego rodzinę, nawet własnego męża.
— Może coś ukrywasz? — zapytałam Andrzeja pewnej nocy.
Spojrzał na mnie jak na wariatkę.
— Oszalałaś? To ty nie potrafisz pogodzić się z tym, że ona odeszła!
Wtedy uderzył mnie pierwszy raz.
Uciekłam do siostry do Mrągowa na kilka dni. Tam pozwoliłam sobie na płacz i słabość.
— Ewa, musisz żyć dalej — mówiła Ania cicho. — Masz jeszcze siebie.
Ale ja nie potrafiłam żyć bez Magdy.
Po powrocie do domu znalazłam list w skrzynce:
„Jeśli chcesz wiedzieć prawdę o Magdzie, spotkaj się ze mną przy starym młynie o północy.”
Serce waliło mi jak oszalałe. Poszłam tam sama, mimo strachu.
Czekał tam starszy mężczyzna w brązowym płaszczu.
— Znałem twoją córkę — powiedział cicho. — Bywała tu czasem z Pawłem… Widziałem ich tamtego dnia. Kłócili się… Potem Paweł wrócił sam.
— Co się stało z Magdą? — zapytałam drżącym głosem.
— Nie wiem… Ale Paweł coś ukrywa.
Następnego dnia poszłam na policję z tą informacją. Znowu usłyszałam: „Nie mamy podstaw do wznowienia śledztwa.”
Zaczęłam śledzić Pawła sama. Widziałam go kilka razy nad jeziorem, jakby czegoś szukał lub coś ukrywał.
Pewnego wieczoru podeszłam do niego:
— Paweł… Jeśli coś zrobiłeś Magdzie… Powiedz mi prawdę! Będę ci wdzięczna za szczerość!
Spojrzał na mnie przerażony i uciekł bez słowa.
Minął rok od zaginięcia Magdy. Andrzej wyprowadził się do innej kobiety. Zostałam sama w pustym domu pełnym wspomnień.
Każdego dnia siadałam przy stole i patrzyłam na zdjęcie Magdy: uśmiechnięta dziewczyna z burzą kasztanowych włosów.
Czasem miałam wrażenie, że słyszę jej głos:
— Mamo…
Ale to był tylko wiatr za oknem.
Przez kolejne lata walczyłam o wznowienie śledztwa. Pisałam do mediów, organizowałam marsze pamięci, rozmawiałam z detektywami.
Pewnego dnia odezwała się do mnie dziennikarka z Olsztyna:
— Pani Ewo, mamy nowe informacje w sprawie Pawła…
Okazało się, że był zamieszany w inne sprawy kryminalne – kradzieże, bójki… Policja zaczęła go obserwować.
Po pięciu latach od zaginięcia Magdy dostałam telefon od prokuratury:
— Pani Ewo, znaleźliśmy szczątki młodej kobiety nad jeziorem…
Pojechałam tam natychmiast. Serce waliło mi jak oszalałe.
To nie była Magda.
Nadzieja i rozpacz mieszały się we mnie każdego dnia.
Dziś mija pięć lat od tamtego wieczoru. Siedzę przy kuchennym stole i piszę te słowa dla wszystkich matek, które walczą o prawdę dla swoich dzieci.
Czy kiedykolwiek dowiem się prawdy? Czy można żyć dalej bez odpowiedzi?