Noc, która zmieniła wszystko: Gdy przeszłość wraca w najmniej oczekiwanym momencie

– To niemożliwe… – powtarzałem w myślach, patrząc na jej twarz. Była tak podobna do Anny, że aż ścisnęło mnie w gardle. Przez chwilę miałem wrażenie, że czas się zatrzymał, a ja znowu mam trzydzieści lat i wszystko przede mną. Ale przecież Anna nie żyje od ponad dwudziestu lat. Przynajmniej tak mi mówiono.

– Przepraszam, czy mogę dolać panu wina? – zapytała cicho kelnerka, ledwo słyszalnym głosem. Miała na sobie czarną koszulę z logo restauracji „Pod Złotym Lwem”, a jej dłonie lekko drżały.

– Tak… proszę – odpowiedziałem, nie spuszczając z niej wzroku. Zauważyła to i spuściła oczy. Wtedy dostrzegła pierścionek na moim palcu.

– Skąd pan ma ten pierścionek? – zapytała nagle, a jej głos zadrżał. – Moja mama miała identyczny…

Zamarłem. To był stary rodzinny pierścionek, przekazywany z pokolenia na pokolenie. Mój ojciec dał go mojej matce, a ja – Annie. Po jej śmierci nie potrafiłem się z nim rozstać.

– Jak… jak nazywa się twoja mama? – wydusiłem z siebie, czując jak serce wali mi jak młot.

– Anna Kowalska – odpowiedziała, a jej oczy zaszkliły się łzami.

Poczułem, jak świat wiruje. Anna Kowalska. Moja Anna. Przecież była pogrzeb, była trumna, był żal i pustka przez dwadzieścia dwa lata. A teraz stoję naprzeciwko dziewczyny, która wygląda jak ona i mówi mi, że jej matka żyje.

– To niemożliwe… – powtórzyłem na głos. – Twoja mama… ona…

Dziewczyna skinęła głową.

– Wiem, co wszyscy myślą. Ale ona żyje. Po wypadku była w śpiączce przez kilka tygodni. Lekarze powiedzieli jej rodzinie, że pan nie żyje. A potem… potem już nigdy pana nie szukała. Bała się wracać do Warszawy.

Nie mogłem oddychać. Przez tyle lat żyłem w przekonaniu, że ją straciłem na zawsze. Całe moje życie podporządkowałem tej stracie: praca, sukcesy, samotność. Nawet kiedy próbowałem ułożyć sobie życie z kimś innym, zawsze czułem się jak oszust.

– Jak masz na imię? – zapytałem cicho.

– Zuzanna – odpowiedziała. – Zuzanna Kowalska.

Zamknąłem oczy. Zuzanna… Imię, które wybraliśmy razem z Anną, kiedy planowaliśmy mieć dziecko. Nigdy nie wiedziałem, że ona naprawdę się urodziła.

– Ile masz lat? – spytałem drżącym głosem.

– Dwadzieścia jeden.

Policzyłem szybko w myślach. Wszystko się zgadzało. To był ten czas…

– Czy twoja mama… czy ona wie, że tu jesteś?

Zuzanna pokręciła głową.

– Nie. Pracuję tu od miesiąca. Mama nie wie, że spotkałam pana… Ale często o panu mówiła. Że był pan jej wielką miłością, że wszystko się skończyło przez jeden głupi wypadek i przez ludzi, którzy nie chcieli jej szczęścia.

Poczułem gniew. Przypomniałem sobie teściową Annę – zimną kobietę o stalowych oczach, która nigdy mnie nie zaakceptowała. Czy to możliwe, że to ona powiedziała Annie, że nie żyję? Czy to ona odcięła ją ode mnie na zawsze?

– Twoja babcia…

Zuzanna przerwała mi gwałtownie:

– Babcia nigdy nie chciała o panu rozmawiać. Mówiła tylko, że „tak będzie lepiej”. Mama płakała po nocach przez lata.

Wstałem gwałtownie od stołu, przewracając krzesło. Kilku gości spojrzało na mnie z dezaprobatą, ale miałem to gdzieś. Musiałem wyjść na świeże powietrze. Zuzanna wybiegła za mną.

Na ulicy padał deszcz. Krople spływały mi po twarzy razem ze łzami.

– Muszę ją zobaczyć – powiedziałem cicho. – Muszę zobaczyć Annę.

Zuzanna skinęła głową i podała mi swój telefon.

– Proszę zadzwonić do niej…

Wybrałem numer drżącymi palcami. Po kilku sygnałach usłyszałem znajomy głos – starszy, bardziej zmęczony, ale wciąż ten sam.

– Halo?

Nie mogłem wydusić słowa.

– Halo? Kto mówi?

– Aniu…

Po drugiej stronie zapadła cisza.

– Michał? – wyszeptała w końcu.

Zacząłem płakać jak dziecko.

***

Spotkaliśmy się następnego dnia w małej kawiarni na Pradze. Anna była starsza, miała siwe włosy i zmarszczki wokół oczu, ale dla mnie była najpiękniejsza na świecie.

– Dlaczego mi nie powiedziałaś? – spytałem szeptem.

– Myślałam, że nie żyjesz… Mama powiedziała mi to w szpitalu. Byłam załamana po śpiączce, nie miałam siły walczyć… Potem dowiedziałam się o Zuzannie i już nie chciałam wracać do Warszawy bez ciebie.

Siedzieliśmy naprzeciwko siebie i patrzyliśmy sobie w oczy przez długą chwilę. Czułem żal do świata, do ludzi, do siebie samego za to wszystko, co nas rozdzieliło.

– Straciłem dwadzieścia dwa lata życia bez ciebie…

Anna ujęła moją dłoń.

– Ale mamy jeszcze trochę czasu… Jeśli chcesz…

Spojrzałem na Zuzannę stojącą obok nas – moją córkę, której nigdy nie znałem. Poczułem wdzięczność i ból jednocześnie.

***

Przez kolejne tygodnie próbowałem nadrobić stracony czas. Spotykaliśmy się często: ja, Anna i Zuzanna. Opowiadały mi o swoim życiu w Gdańsku: o trudnych latach po upadku firmy Anny, o walce z chorobą babci Zuzanny i o tym, jak musiały radzić sobie same bez wsparcia rodziny.

Zuzanna była uparta jak ja i wrażliwa jak Anna. Miała talent do muzyki i marzyła o studiach na Akademii Muzycznej w Warszawie. Pomogłem jej znaleźć mieszkanie i pracę w filharmonii jako asystentka dyrygenta.

Ale nie wszystko było proste. Moja obecna żona – Ewa – dowiedziawszy się o Annie i Zuzannie, wpadła w szał.

– Po tylu latach wracasz do niej?! A ja? A nasze dzieci?!

Nie wiedziałem co odpowiedzieć. Czułem się rozdarty między dwoma światami: tym starym i tym nowym, który zbudowałem po śmierci Anny.

Moje dorosłe dzieci z Ewą nie chciały rozmawiać ze mną przez kilka tygodni.

– Zdradziłeś nas! – krzyczał mój syn Paweł przez telefon.

Tylko córka Marta próbowała mnie zrozumieć:

– Tato… każdy ma prawo do szczęścia. Ale musisz być szczery wobec wszystkich.

Czułem się winny wobec Ewy i dzieci, ale nie potrafiłem zrezygnować z Anny i Zuzanny drugi raz w życiu.

***

Pewnego dnia Anna zadzwoniła do mnie zapłakana:

– Mama umiera… Chce cię zobaczyć przed śmiercią.

Pojechałem do Gdańska natychmiast. Teściowa leżała blada na szpitalnym łóżku.

– Michał… przepraszam… Chciałam chronić Annę przed bólem… Ale zrobiłam wam krzywdę…

Nie potrafiłem jej nienawidzić. Wybaczyłem jej w duchu wszystko.

***

Minął rok od tamtej kolacji „Pod Złotym Lwem”. Moje życie zmieniło się całkowicie: rozwiodłem się z Ewą (choć bolało mnie to bardzo), zamieszkałem z Anną pod Warszawą i próbowałem być ojcem dla Zuzanny najlepiej jak potrafiłem.

Czasu nie da się cofnąć ani naprawić wszystkich błędów przeszłości. Ale można próbować budować coś nowego na ruinach starego życia.

Czasem patrzę na pierścionek na moim palcu i pytam sam siebie: czy gdybyśmy wtedy byli odważniejsi albo bardziej uparci – czy nasze życie wyglądałoby inaczej? Czy można wybaczyć losowi tak wielką stratę?

A wy? Czy potrafilibyście wybaczyć komuś taką pomyłkę? Czy warto walczyć o drugą szansę nawet po tylu latach?