„Nie mów nikomu” – historia, która rozdarła moją rodzinę na strzępy

– Nie mów nikomu, rozumiesz? – usłyszałem szept za drzwiami pokoju mojej córki. Zamarłem. To był głos mojego szwagra, Pawła. Przez chwilę myślałem, że się przesłyszałem, ale potem usłyszałem cichy płacz Zosi. Moja żona, Marta, była w pracy. Ja wróciłem wcześniej z delegacji i nie spodziewałem się nikogo w domu poza Zosią i jej młodszym bratem, Antkiem.

Wszedłem do przedpokoju na palcach. Drzwi do pokoju były lekko uchylone. Zobaczyłem Pawła klęczącego przy łóżku Zosi, trzymał ją za rękę. Dziewczynka miała spuszczoną głowę, a jej ramiona drżały. Paweł odwrócił się gwałtownie, gdy mnie zobaczył.

– O, cześć, Krzysiek – powiedział z wymuszonym uśmiechem. – Przyszedłem tylko zobaczyć, jak dzieciaki.

– Co tu robisz? – zapytałem ostro, czując narastający niepokój.

– Marta mnie prosiła, żebym zajrzał. – Jego wzrok uciekł gdzieś w bok.

Zosia nie podniosła głowy. Widziałem łzy na jej policzkach. Coś było nie tak. Wtedy jeszcze nie wiedziałem, jak bardzo.

Wieczorem próbowałem rozmawiać z Zosią. Miała 10 lat, zawsze była cicha i zamknięta w sobie, ale tego dnia była zupełnie nieobecna. – Brzuszek mnie boli – powiedziała tylko i schowała się pod kołdrę.

Następnego dnia ból nie ustępował. Pojechaliśmy do przychodni na osiedlu. Lekarka, pani doktor Nowak, zbadała Zosię i zleciła badania krwi oraz USG. – Lepiej dmuchać na zimne – powiedziała z troską.

W poczekalni Zosia siedziała skulona na krześle. Trzymałem ją za rękę i próbowałem żartować, ale ona tylko patrzyła w podłogę.

Po badaniu USG pani technik nagle spoważniała. – Proszę poczekać chwilę – powiedziała i wyszła po lekarkę. Po chwili obie wróciły i poprosiły mnie na rozmowę do gabinetu.

– Panie Krzysztofie… – zaczęła pani doktor Nowak z wyraźnym napięciem w głosie. – Wynik USG wskazuje na obecność… ciąży. Zosia jest w dwunastym tygodniu.

Świat mi zawirował. – To niemożliwe… Ona ma dziesięć lat! – wyjąkałem.

– Musimy powiadomić odpowiednie służby – powiedziała lekarka stanowczo. – Ale najpierw musimy porozmawiać z Zosią. Czy wie pan o czymkolwiek… czy ktoś mógł ją skrzywdzić?

Pokręciłem głową z niedowierzaniem. Przecież to dziecko…

Do gabinetu weszła psycholog. Usiadła obok Zosi i zaczęła delikatnie pytać o to, co się stało. Dziewczynka długo milczała, aż w końcu wyszeptała: – Tylko nie mówcie mamie…

– Kochanie, musimy wiedzieć, kto cię skrzywdził – powiedziała psycholog łagodnie.

Zosia spojrzała na mnie przerażonymi oczami. – Wujek Paweł… powiedział, że nikt mi nie uwierzy…

Czułem, jak krew odpływa mi z twarzy. Paweł? Mój szwagier? Ten sam, który zawsze był „najlepszym wujkiem”, zabierał dzieci na lody i zostawał z nimi, gdy musieliśmy z Martą wyjść?

Policja zjawiła się jeszcze tego samego dnia. Paweł został zatrzymany wieczorem w swoim mieszkaniu. Marta była w szoku. Najpierw nie chciała uwierzyć. Krzyczała na mnie, że to niemożliwe, że Zosia musiała coś pomylić. Ale wyniki badań DNA nie pozostawiły złudzeń.

Przez kolejne tygodnie nasze życie zamieniło się w koszmar. Media zaczęły dzwonić do drzwi, sąsiedzi szeptali za naszymi plecami. Marta zamknęła się w sobie, przestała rozmawiać nawet ze mną. Antek zaczął moczyć się w nocy ze strachu.

Najgorsze były wizyty u psychologa dziecięcego. Siedziałem obok Zosi podczas każdej sesji. Czasem tylko rysowała kredkami i milczała przez całą godzinę. Innym razem płakała tak mocno, że musiałem ją przytulać przez długie minuty.

Marta nie mogła sobie poradzić z poczuciem winy. – To moja rodzina… Jak mogłam tego nie zauważyć? – powtarzała bez końca.

Zosia musiała podjąć decyzję o swojej ciąży. Lekarze tłumaczyli nam wszystkie możliwości, ale to ona miała ostatnie słowo. Bałem się o nią jak nigdy dotąd.

Pewnego wieczoru usiadłem przy jej łóżku i zapytałem: – Czego ty chcesz, córeczko?

Zosia spojrzała na mnie poważnie jak dorosły człowiek: – Nie chcę tego dziecka… Chcę być znowu sobą.

Podjęliśmy decyzję razem z lekarzami i psychologiem. Zosia rozpoczęła leczenie i terapię.

Paweł został skazany na 20 lat więzienia bez możliwości przedterminowego zwolnienia. Rodzina Marty rozpadła się na kawałki – jej rodzice przestali się do nas odzywać, brat Marty wyjechał za granicę ze wstydu.

Minęły miesiące. Zosia powoli wracała do życia: zmieniliśmy szkołę, przeprowadziliśmy się do innego miasta. Marta po długiej terapii zaczęła znów rozmawiać z dziećmi i ze mną.

Pewnego dnia Zosia przyszła do mnie podczas śniadania i zapytała: – Tato… mogę ci coś powiedzieć?

– Oczywiście, skarbie.

– Dziękuję, że byłeś przy mnie cały czas…

Przytuliłem ją mocno i po raz pierwszy od miesięcy poczułem nadzieję.

Czasem patrzę na naszą rodzinę i zastanawiam się: czy można naprawdę odbudować zaufanie po czymś takim? Czy kiedykolwiek przestaniemy się bać? Jak wy byście sobie poradzili? Napiszcie mi…