Nie jestem służącą tej rodziny: dzień, w którym powiedziałam dość
— Gabriela, czy możesz jeszcze umyć podłogę w kuchni? Dzieci zaraz wrócą, a ja muszę odpocząć — głos Magdy, mojej synowej, rozległ się z salonu. Stałam przy zlewie, z rękami zanurzonymi w zimnej wodzie, zmywając talerze po obiedzie, który sama ugotowałam. Przez chwilę miałam ochotę udawać, że nie słyszę, ale jej ton nie pozostawiał złudzeń. To nie była prośba. To był rozkaz.
Zacisnęłam zęby. Od kilku miesięcy coraz częściej czułam się w tym domu jak niewidzialna służąca. Kiedyś myślałam, że pomaganie rodzinie to mój obowiązek, zwłaszcza odkąd przeszłam na emeryturę. Syn, Paweł, i jego żona Magda mają dwójkę małych dzieci, oboje pracują, więc naturalne było, że pomogę. Ale z czasem granica między pomocą a wykorzystywaniem zaczęła się zacierać. Najpierw prosiła, żebym odebrała dzieci z przedszkola, potem żebym ugotowała obiad, posprzątała, zrobiła zakupy. Z czasem to już nie były prośby, tylko polecenia. A ja, jak ta głupia, zgadzałam się na wszystko, bo przecież „rodzina jest najważniejsza”.
Tego dnia, kiedy usłyszałam kolejne polecenie, coś we mnie pękło. Spojrzałam na swoje odbicie w oknie. Zmęczona twarz, siwe włosy, cienie pod oczami. Kiedy ostatni raz zrobiłam coś tylko dla siebie? Kiedy ostatni raz ktoś zapytał mnie, jak się czuję?
— Magda, czy ty w ogóle widzisz, ile ja robię? — zapytałam, starając się, by głos mi nie zadrżał.
Usłyszałam westchnienie i szelest gazety. — Gabriela, przecież sama mówiłaś, że lubisz być zajęta. Poza tym, kto ma to wszystko ogarnąć? Ja pracuję, Paweł pracuje, dzieci są małe. Ty masz czas.
Poczułam, jak narasta we mnie złość. — Mam czas, ale to nie znaczy, że jestem waszą służącą. Chciałabym czasem usiąść, poczytać książkę, wyjść na spacer, spotkać się z koleżanką. Ale nie mogę, bo ciągle czegoś ode mnie chcecie.
Magda spojrzała na mnie z niedowierzaniem. — Przesadzasz. Przecież to tylko sprzątanie. Każda babcia pomaga rodzinie.
W tym momencie do kuchni wszedł Paweł. — Co się dzieje?
— Twoja mama ma chyba zły dzień — rzuciła Magda, wzruszając ramionami.
Spojrzałam na syna. — Paweł, czy ty naprawdę nie widzisz, jak to wygląda? Od miesięcy robię tu wszystko. Nie mam już siły.
Paweł podrapał się po głowie, jakby nie rozumiał, o co mi chodzi. — Mamo, przecież zawsze byłaś taka pomocna. Magda ma rację, każda babcia pomaga. Nie rób problemu.
Wtedy poczułam się, jakby ktoś uderzył mnie w twarz. Zawsze byłam „taka pomocna”. Ale nikt nie zapytał, czy chcę, czy mogę, czy mam siłę. Po prostu przyjęli, że jestem i będę. Bo jestem matką, babcią, kobietą. Bo „tak trzeba”.
Wyszłam z kuchni, zostawiając niedomyte talerze. Wzięłam płaszcz i wyszłam na klatkę schodową. Siedziałam na schodach, próbując powstrzymać łzy. Przypomniałam sobie, jak kiedyś z mężem marzyliśmy, że na emeryturze będziemy podróżować, chodzić do teatru, cieszyć się życiem. On odszedł kilka lat temu, a ja zostałam sama. I zamiast żyć, stałam się niewidzialną częścią czyjegoś domu.
Po powrocie do mieszkania zadzwoniłam do mojej przyjaciółki, Zofii. — Zosiu, czy ty też masz czasem wrażenie, że twoja rodzina traktuje cię jak służącą?
Zofia westchnęła. — Gabriela, ja już dawno postawiłam granice. Jak nie chcę, to nie robię. Ty też musisz się nauczyć mówić „nie”.
Tej nocy nie spałam. Przewracałam się z boku na bok, rozmyślając, jak to się stało, że pozwoliłam się tak zepchnąć na margines. Przypomniałam sobie, jak kiedyś byłam silną, niezależną kobietą. Pracowałam, wychowywałam Pawła, dbałam o dom. Teraz miałam wrażenie, że nikt już nie widzi we mnie człowieka, tylko funkcję.
Następnego dnia rano zadzwoniłam do Magdy. — Magda, dziś nie przyjdę. Muszę odpocząć. I w ogóle musimy porozmawiać.
W słuchawce zapadła cisza. — Ale jak to? Dzieci trzeba odebrać, obiad zrobić, zakupy…
— Magda, jestem zmęczona. Potrzebuję czasu dla siebie. Od dziś będę pomagać tylko wtedy, kiedy będę miała na to ochotę i siłę. Nie jestem waszą służącą.
— Gabriela, nie możesz nas tak zostawić! — usłyszałam w jej głosie nutę paniki.
— Mogę. I muszę. Bo jeśli tego nie zrobię, to sama siebie zgubię.
Rozłączyłam się. Serce waliło mi jak młotem, ale czułam ulgę. Po raz pierwszy od lat postawiłam siebie na pierwszym miejscu.
Przez kolejne dni Magda i Paweł próbowali mnie przekonać, żebym wróciła do „normalności”. Dzwonili, pisali, nawet dzieci nagrywały dla mnie wiadomości, że tęsknią za babcią. Było mi ciężko, ale wiedziałam, że jeśli teraz się złamię, już nigdy nie odzyskam szacunku do samej siebie.
Zaczęłam chodzić na spacery, spotykać się z Zofią, zapisałam się na zajęcia z jogi dla seniorów. Odkryłam, że życie może być inne, pełniejsze, nawet jeśli czasem czuję się samotna. Po kilku tygodniach Paweł przyszedł do mnie sam. Usiadł przy stole, patrzył na mnie długo.
— Mamo, przepraszam. Nie zauważyłem, jak bardzo cię obciążamy. Magda też przeprasza. Chcielibyśmy, żebyś była częścią naszej rodziny, ale nie chcemy cię wykorzystywać. Możesz pomagać, kiedy chcesz. A jeśli nie, to też w porządku.
Popłakałam się. Po raz pierwszy od dawna poczułam, że ktoś widzi we mnie człowieka, nie tylko babcię czy pomoc domową.
Dziś wiem, że powiedzenie „dość” było najtrudniejszą, ale i najlepszą decyzją w moim życiu. Czasem trzeba postawić granice, nawet jeśli boli. Bo jeśli sami nie zadbamy o siebie, nikt tego za nas nie zrobi.
Czy naprawdę musimy poświęcać siebie dla innych bez końca? Czy nie mamy prawa do własnego życia, marzeń, odpoczynku? Może czasem warto zapytać siebie: kim jestem dla siebie, a kim dla innych?