Moje dzieci chcą oddać mnie do domu opieki. Czy naprawdę jestem już tylko ciężarem?
— Mamo, musimy poważnie porozmawiać — głos Magdy drżał, choć starała się brzmieć stanowczo. Siedziała naprzeciwko mnie przy kuchennym stole, a jej brat, Tomek, nerwowo bawił się kluczami od samochodu. W powietrzu wisiała cisza, która bolała bardziej niż jakiekolwiek słowa.
— O czym? — zapytałam, choć przeczuwałam, co usłyszę. Ostatnio coraz częściej łapałam się na tym, że dzieci patrzą na mnie z troską pomieszaną z niecierpliwością. Jakby czekały, aż coś się wydarzy.
— Mamo, my się martwimy. Jesteś sama w tym dużym mieszkaniu. Co będzie, jak coś ci się stanie? — Magda unikała mojego wzroku.
— Przecież radzę sobie — odpowiedziałam zbyt ostro. — Mam sąsiadkę, mam znajomych z chóru, chodzę na spacery. Nie jestem jeszcze taka stara!
Tomek westchnął ciężko. — Mamo, nie chodzi o to, że jesteś stara. Ale coraz częściej zapominasz o rzeczach. Ostatnio zostawiłaś gaz włączony. Sąsiadka do nas dzwoniła.
Poczułam, jak krew odpływa mi z twarzy. To prawda, zdarzyło mi się zapomnieć o garnku na kuchence. Ale czy to powód, żeby od razu zamykać mnie w domu opieki?
— Chcecie się mnie pozbyć? — wyszeptałam.
Magda złapała mnie za rękę. — Nie mów tak! Po prostu… chcemy dla ciebie bezpieczeństwa.
Bezpieczeństwo. Słowo, które brzmi jak wyrok. Bezpieczeństwo oznaczało dla nich oddanie mnie w ręce obcych ludzi, zamknięcie w miejscu, gdzie ściany pachną starością i samotnością.
Nie spałam tej nocy. Przewracałam się z boku na bok, słysząc w głowie ich słowa. Przypomniałam sobie czasy, gdy byli mali. Jak biegałam za nimi po podwórku, jak piekłam im szarlotkę na urodziny. Jak tuliłam ich do snu po złych snach. Czy to wszystko już się nie liczy?
Następnego dnia zadzwoniła do mnie Ela z chóru.
— Zosiu, idziesz dziś na próbę?
— Nie wiem… — odpowiedziałam niepewnie.
— Coś się stało?
Opowiedziałam jej wszystko. Ela milczała przez chwilę, a potem powiedziała:
— Wiesz co? Moja córka też kiedyś chciała mnie oddać do domu opieki. Ale postawiłam się. Pokazałam jej, że jeszcze potrafię żyć pełnią życia.
Te słowa dodały mi sił. Postanowiłam walczyć o siebie.
Kilka dni później zaprosiłam Magdę i Tomka na obiad.
— Chciałam wam coś powiedzieć — zaczęłam pewnym głosem. — Rozumiem wasze obawy. Ale ja jeszcze nie skończyłam żyć. Mam plany, marzenia. Chcę pojechać nad morze, zobaczyć wnuki w teatrzyku szkolnym, nauczyć się obsługiwać komputer.
Tomek spojrzał na mnie zaskoczony.
— Mamo…
— Nie chcę być zamknięta w czterech ścianach z innymi staruszkami! — przerwałam mu stanowczo. — Jeśli naprawdę mnie kochacie, pozwólcie mi żyć po swojemu.
Magda zaczęła płakać.
— Boimy się o ciebie…
— Ja też się boję — przyznałam szczerze. — Ale bardziej boję się samotności i tego, że przestanę być sobą.
Przez kolejne tygodnie dzieci rzadziej dzwoniły. Czułam ich dystans, jakby nie wiedzieli, jak ze mną rozmawiać. Bolało mnie to bardziej niż ich wcześniejsze plany.
Pewnego dnia zadzwonił dzwonek do drzwi. Otworzyłam i zobaczyłam Tomka z wnuczką Zosią.
— Babciu, nauczysz mnie piec szarlotkę? — zapytała mała.
Łzy napłynęły mi do oczu.
— Oczywiście, kochanie!
W kuchni pachniało cynamonem i jabłkami. Tomek patrzył na nas i uśmiechał się nieśmiało.
— Przepraszam, mamo — powiedział cicho. — Chyba zapomnieliśmy, ile jeszcze masz w sobie życia.
Uśmiechnęłam się przez łzy.
Wieczorem usiadłam przy oknie z kubkiem herbaty i patrzyłam na rozświetlone okna sąsiadów. Może starość to nie tylko czekanie na koniec? Może to czas na nowe początki?
Czy naprawdę musimy godzić się na samotność tylko dlatego, że dzieci mają swoje życie? Czy starość to wyrok czy szansa? Co wy o tym myślicie?