Moja mama przyjechała na mój ślub w fartuchu i kaloszach – i wtedy zrozumiałam, co to znaczy być kochaną

Wszystko zaczęło się od szumu – tego szumu, który rozchodzi się po sali weselnej, gdy coś idzie nie tak. Stałam przy wejściu do remizy w małej podlaskiej wsi, w białej sukni, z sercem w gardle. Goście szeptali, a ja czułam, jak rumieniec wstydu rozlewa mi się po policzkach. Wtedy zobaczyłam ją – moją mamę. Nie w eleganckiej garsonce, nie w szpilkach, nie z fryzurą od fryzjera. W fartuchu poplamionym mlekiem i kaloszach, z których kapała woda. Włosy miała niedbale związane gumką, a na twarzy ślady zmęczenia i… dumy.

– Mamo! – syknęłam przez zęby, podbiegając do niej. – Co ty robisz? Dlaczego tak wyglądasz? Przecież to mój ślub!

Mama spojrzała na mnie spokojnie. – Krowa się cieliła. Nie mogłam jej zostawić samej. Przepraszam, córeczko. Ale już jestem.

W tamtej chwili miałam ochotę zapaść się pod ziemię. Czułam na sobie spojrzenia ciotek z miasta, które już zaczynały komentować pod nosem:

– No patrzcie, matka panny młodej! Wstyd!
– U nas by tak nie przeszło…

Mój narzeczony, Paweł, próbował mnie uspokoić:

– Ola, to tylko chwila. Zaraz się przebierze…

Ale mama nie miała ze sobą nic do przebrania. Wszystko zostało w domu – wybiegła tak, jak stała, bo cielak był słaby i potrzebował pomocy. Tylko ona potrafiła go uratować. Tata był w szpitalu po zawale, brat za granicą. Zostałyśmy same z gospodarstwem.

Weszłyśmy do kuchni remizy. Tam czekała na mnie babcia Zosia – surowa, zawsze elegancka.

– Tyś chyba rozum postradała! – syknęła do mamy. – Całe życie cię uczyłam, jak się zachować! Ola będzie miała zdjęcia na całe życie!

Mama tylko westchnęła i usiadła na krześle. Zaczęła płakać cicho, chowając twarz w dłoniach.

Wtedy coś we mnie pękło.

Zawsze miałam żal do mamy o to, że nie jest jak inne matki – nie pachnie perfumami, nie zna się na modzie, nie chodzi do kosmetyczki. Zawsze była zmęczona pracą na gospodarstwie, ręce miała szorstkie od mleka i ziemi. Ale to ona nauczyła mnie wszystkiego: jak doić krowy o piątej rano, jak piec chleb bez przepisu, jak płakać po cichu i śmiać się głośno.

Przypomniałam sobie dzieciństwo: jak mama nosiła mnie na barana przez błoto do szkoły, bo autobus nie dojeżdżał; jak szyła mi sukienki z firanek na szkolne przedstawienia; jak broniła mnie przed chłopakami z sąsiedztwa.

A teraz wszyscy patrzyli na nią jak na dziwadło.

Wróciłam na salę weselną sama. Goście już szeptali głośniej:

– Gdzie matka panny młodej?
– Może się schowała ze wstydu?

Paweł podszedł do mnie i ścisnął moją dłoń.

– Ola… Twoja mama jest bohaterką. Gdyby nie ona, nie byłoby dziś tego ślubu.

Spojrzałam mu w oczy i zobaczyłam w nich szczerość. Wtedy podjęłam decyzję.

Wróciłam do kuchni i uklękłam przed mamą.

– Mamo… Przepraszam cię. Chodź ze mną. Chcę, żeby wszyscy cię zobaczyli taką, jaka jesteś naprawdę.

Mama spojrzała na mnie zdziwiona.

– Ale Ola… Ja tak nie mogę…

– Możesz! – powiedziałam stanowczo. – To mój ślub i chcę być dumna z tego, kim jestem i skąd pochodzę.

Wyszłyśmy razem na salę. Muzyka ucichła. Wszyscy patrzyli na nas w milczeniu.

Stanęłam przy mikrofonie i powiedziałam:

– Chciałabym wam przedstawić moją mamę – najdzielniejszą kobietę na świecie. Gdyby nie ona i jej poświęcenie, nie byłoby dziś tego dnia. Może nie ma dziś na sobie sukni balowej ani makijażu z salonu piękności, ale ma coś ważniejszego: serce ze złota.

Przez chwilę była cisza. Potem ktoś zaczął klaskać – najpierw Paweł, potem jego rodzice, potem cała sala.

Mama stała obok mnie oniemiała ze wzruszenia. Łzy płynęły jej po policzkach.

Po chwili podeszła do niej ciotka Maryla z Warszawy:

– Pani Aniu… Przepraszam za wszystko, co powiedziałam. Pani jest prawdziwą matką Polką.

A potem kolejni goście zaczęli podchodzić: ktoś przyniósł jej kawę, ktoś inny chusteczkę do nosa. Ktoś zaproponował ubranie na przebranie.

Wieczorem mama już siedziała przy stole w pożyczonej sukience od sąsiadki Jadzi i śmiała się głośno z moim teściem. Ale ja wiedziałam jedno: nigdy nie będę się jej więcej wstydzić.

Po weselu babcia Zosia przyszła do nas do domu.

– Dziecko… Twoja mama zrobiła dziś więcej niż niejeden minister – powiedziała cicho. – Może czasem warto być sobą?

Od tamtej pory nasza rodzina zaczęła się zmieniać. Brat wrócił z zagranicy pomagać mamie w gospodarstwie. Ja z Pawłem zamieszkaliśmy obok i codziennie rano pijemy razem kawę przy kuchennym stole.

Czasem jeszcze słyszę szepty ludzi:

– To ta panna młoda od matki w kaloszach…

Ale już się tym nie przejmuję.

Bo czy naprawdę liczy się to, co mamy na sobie – czy to, co mamy w sercu? Czy wy też kiedyś wstydziliście się swoich rodziców? A może to właśnie oni nauczyli was najważniejszych rzeczy w życiu?