Modlitwa pod szpitalnym oknem: Jak straciłem i odzyskałem nadzieję, gdy moja żona walczyła o życie
„Nie zostawiaj mnie, Kasiu, proszę…“ – szeptałem, klęcząc na zimnych kafelkach kuchni, trzymając jej bezwładną dłoń. Wszystko wydarzyło się tak nagle. Jeszcze chwilę wcześniej śmialiśmy się z jej nieudanych naleśników, a teraz jej ciało leżało bezwładnie, a ja czułem, jak świat wali mi się na głowę. „Kasia! Słyszysz mnie?!“ – krzyczałem, próbując ją ocucić, ale jej oczy były zamknięte, a twarz blada jak ściana. Telefon wypadł mi z drżących rąk, gdy wybierałem numer pogotowia. „Proszę przyjechać jak najszybciej, moja żona… ona nie oddycha!“ – głos mi się łamał, a łzy spływały po policzkach.
W szpitalu czas przestał istnieć. Siedziałem na plastikowym krześle pod salą intensywnej terapii, ściskając w dłoniach jej szalik, który pachniał jeszcze domem. Lekarz, doktor Nowak, wyszedł do mnie z poważną miną. „Panie Piotrze, stan żony jest bardzo ciężki. Zrobimy wszystko, co w naszej mocy, ale muszę być z panem szczery – nie możemy niczego obiecać.“ Te słowa roztrzaskały mnie na kawałki. Chciałem krzyczeć, rzucać się na ściany, ale tylko skinąłem głową. W środku czułem pustkę, jakby ktoś wyrwał mi serce.
Dni zlewały się w jedno. Przychodziłem pod szpital o świcie, siadałem na ławce pod oknem jej sali i modliłem się. „Boże, jeśli mnie słyszysz, nie zabieraj mi Kasi…“ – powtarzałem w kółko, choć z każdym dniem wiara gasła. Mama dzwoniła codziennie, próbując dodać mi otuchy. „Piotruś, musisz być silny dla niej. Kasia zawsze była wojowniczką.“ Ale ja nie czułem się silny. Czułem się jak dziecko, które zgubiło się w lesie i nie wie, czy kiedykolwiek znajdzie drogę do domu.
Najgorsze były noce. Wtedy wracały wspomnienia – nasz pierwszy spacer po Plantach, ślub w małym kościele na Podgórzu, narodziny naszej córeczki, Zosi. Zosia miała wtedy tylko cztery lata. „Tato, kiedy mama wróci?“ – pytała, patrząc na mnie wielkimi oczami. „Niedługo, kochanie. Mama jest bardzo dzielna.“ Kłamałem, bo nie umiałem powiedzieć jej prawdy. Bałem się, że jeśli wypowiem na głos swoje lęki, to one się spełnią.
Pewnego dnia, kiedy siedziałem pod szpitalnym oknem, podszedł do mnie starszy pan. „Pan do kogoś tu?“ – zapytał cicho. „Do żony. Walczy o życie.“ – odpowiedziałem, nie patrząc mu w oczy. „Ja też tu byłem, dwa lata temu. Moja Basia…“ – zawiesił głos. „Wie pan, co mi wtedy pomogło? Modlitwa i rozmowa. Nawet jeśli nie z Bogiem, to z kimś, kto rozumie ból.“
Zacząłem więc rozmawiać. Najpierw z samym sobą, potem z Kasią, choć była nieprzytomna. Opowiadałem jej o Zosi, o tym, jak bardzo ją kochamy, jak czekamy na jej powrót. Przynosiłem jej ulubione kwiaty – frezje – i zostawiałem pod oknem. Pielęgniarki czasem machały do mnie przez szybę, a ja czułem, że choć jestem sam, to jednak ktoś mnie widzi.
Po tygodniu lekarze powiedzieli, że stan Kasi się pogarsza. „Musimy być przygotowani na wszystko“ – usłyszałem. Wróciłem do domu, usiadłem na łóżku i rozpłakałem się jak dziecko. Zosia przyszła do mnie, przytuliła się i powiedziała: „Tato, nie płacz. Mama wróci. Obiecała mi.“ Te słowa były jak iskra w ciemności. Postanowiłem, że nie poddam się rozpaczy.
Następnego ranka przyniosłem pod szpitalne okno świeczkę i zapaliłem ją, modląc się o cud. „Kasiu, jeśli mnie słyszysz, walcz. Potrzebujemy cię.“
I wtedy wydarzył się cud. Po dwóch tygodniach walki, kiedy już nie miałem siły wierzyć, zadzwonił telefon. „Panie Piotrze, żona się obudziła. Chce pana zobaczyć.“ Nie pamiętam, jak dobiegłem do szpitala. Wpadłem do sali, a ona leżała blada, słaba, ale uśmiechała się do mnie. „Piotrek…“ – wyszeptała. „Jestem tu. Już zawsze będę.“
Lekarze nie potrafili wyjaśnić, jak to się stało. „To cud“ – powiedziała pielęgniarka. „Albo miłość.“
Dziś Kasia powoli wraca do zdrowia. Każdego dnia dziękuję za to, co się stało. Wiem, że życie jest kruche, a miłość i nadzieja potrafią przetrwać nawet największą burzę. Czasem patrzę na Kasię i Zosię i myślę: co by było, gdybym wtedy się poddał? Czy cuda naprawdę się zdarzają, czy to my je tworzymy, nie pozwalając umrzeć nadziei?